Rząd na uchodźstwie

Nadchodzi noc, przyjaciele. Może dotąd za bardzo byłem optymistą? Może zbyt łatwo wierzyłem w to, że w dziejach ludzkości przyszedł już jaki taki tryumf demokracji liberalnej, a ponad siedemdziesiąt lat prosperity świata zachodniej cywilizacji było rozbiegiem, a nie kolejnym dziejowym interwałem? Może zbyt wiele miałem zaufania do zbiorowego ludzkiego rozumu, pamięci, logiki?
Fakty są jednak przerażające: szefami największych światowych potęg, i to nie tylko tych zwyczajowo zamordystycznych, zostają mordercy, a przynajmniej oszuści i gwałciciele pozbawieni jakichkolwiek moralnych zasad, szermując w kierunku zachwyconych nimi tłumu indyków gotowych na sobotę starymi populistycznymi strachami. I znów czynią z nas wszystkich wystraszoną, bezwolną masę. Którą można skierować na bezrozumną rzeź. Bo – o ironio! – chcieliśmy bezpieczeństwa…
Za plecami psychopatów, których spodobało się nam uczynić naszymi panami i władcami, stoją generałowie obwieszeni medalami jak japońskie „morze drzew” wisielcami, którzy to generałowie ni stąd ni zowąd wypadają z okien. Albo najbogatsi ludzie świata, którzy stali się ucieleśnieniem tego, czym, jak widać bezskutecznie, straszyli nas pół wieku temu pisarze SF: wielkich koncernów, które za pomocą technologii przyszłości zamienią życie zwykłych ludzi w piekło. Czy ta maska udająca twarz i zwalniająca jednym gestem tysiące dla jednej cyferki w tabelce zatrzyma się przed dylematem moralnym? Że co? Jakim dylematem?
Nikogo już nie dziwi dzielenie całych narodów i nacji na lepsze i gorsze W GŁÓWNYM NURCIE KULTURY. Cały dorobek powojennej humanistyki wyparował na naszych oczach dosłownie w pięć lat, a kolejne konwentykle, Parteitagi i konwencje zaczynają pokazywać masowy obłęd strachu i nienawiści. Znów stajemy się szczurami zagonionymi w ciasny kąt, walczącymi o przetrwanie w coraz mniejszej przestrzeni. Tylko patrzeć, jak wszyscy rzucimy się sobie do gardeł…
Moje satyrki stają się przy tym zbyt błahe. Zewsząd narasta ponurymi pomrukami szczucie, opluwanie się nawzajem – nienawiść i pogarda jest już na porządku dziennym: jawni złodzieje nie boją się kary, kłamcy przyłapani na kłamstwie w twarz zarzucają kłamstwo, złodzieje nie boją się sprawiedliwości, oszuści – prawa. Ba! – oszuści i złodzieje naszywają sobie prawo i sprawiedliwość na sztandary; zdrajcy dowodzą swej wierności, nikczemnicy wielkości, a grzesznicy – świętości. Bezwstydnie, w oczy, wbrew zdrowym zmysłom.
Nie ma już prawdy, autorytetu, umowy, chęci, rozstrzygnięcia.
Została wirtualna rzeczywistość, w której kot jest zawsze obrócony ogonem.

To na co jeszcze komu satyra? Wybaczcie, to chyba już tylko dla mnie, bo ja usilnie chcę pozostać człowiekiem. A zatem już trudno, śmiejcie się ze mnie, a nie ze mną, ale jedziemy:

 

 

Rząd na uchodźstwie

Taki to z dawien los jest Polaków,
Co swe talenta dają Ojczyźnie,
Że, niepoznani pośród rodaków,
Muszą prawdziwi być na obczyźnie.

Problem to iście zgoła nienowy,
Że tych patriotów to garstka z hakiem;
A taki Polak, co standardowy,
Jakże to być ma „prawdziwym Polakiem”?

Nie wie, w czym tkwiła Sarmatów siła,
Tego nad wszystkie inne plemiona,
Jemu rozsądek i nuda miła,
A nie capstrzyki oraz przemowy.

Tak oto zbawcy kolejni z gracją,
W histerii kraju tego biednego
Wciąż zapoznają się z emigracją,
Najpierw okradłszy go na całego.

I jest w tym powód oraz patriotyzm,
Na którym umysł sprytny się wyzna:
Najbardziej polską cechą nepotyzm,
A i złodziejstwo, to nie pierwszyzna.

Zatem prawdziwy patriota – Polak,
I najprawdziwszy Polak – katolik,
Wie, jaka w Polsce spuścizny rola
I nie wychodzi przezornie z roli:

Chrystus narodów, pożoga sumień,
I chrześcijaństwa żywa nadzieja:
„Dla tej idei już nakraść umiem,
Bo mnie kosztuje sama idea!”

I tak od świtu aż pode zmierzchu,
Trąbki i surmy sumieniom grają,
Aż tu się tumult robi po wierzchu:
„Ej. Już zbyt mocno nas okradają!”

Dalej już wiecie. Aż do znudzenia.
Znowu to samo, choć niby nowe:
Znowu prostaczków mgłą oszukano
Wprost zdjęcie Polski to profilowe…

Ale nie gaście swego zapału,
Bo propaganda wam nie pozwoli:
Polak poczęty z polskiego szału,
To jest ten właśnie Polak katolik:

Ten, co wam dzwonem bije na trwogę,
Że on jedyny Ojczyzny broni.
Zaraz z tym dzwonem da dokądś nogę,
By szmal za dzwon ten sprawnie roztrwonić;

Ten, co zarzekał się o miłości
Do Niej, bo przecież łka o jej dzieje;
Nakradł na parę nieruchomości,
Bo z naiwności się waszej śmieje;

Ten, co krwawicę ponoć wytoczył,
Jako frajerów ma was w pogardzie:
Starczy, że sztandar pchał wam przed oczy
No i dorzucał „wroga” w standardzie.

A w końcu i ten, co to rozpoczął,
Kupcząc nienawiść oraz głupoty,
Sam prawie nie chce wierzyć swym oczom,
Jakie wam bzdury sprzedał za cnoty…

By nie przedłużać. Czas nie pozwala,
Na jakieś głębsze tu analizy;
Ale ojczystych uniesień skala
Już im pakuje szczodrze walizy;

Bowiem z „polskością” tak natężoną,
Nie jest to wcale nowinka jaka,
Kabza rozdęła się im mamoną
Rwaną z hodowli głupka rodaka.

Ale ten przewał tak obliczony.
I jego skala dziejowa taka,
Że u Orbana szukać ochrony,
Albo na Rusi gdziesik po krzakach.

Tam na uchodźstwie rząd zrobi Zbawca,
Dosyć ma po to wszelkich łajdaków;
Nie po to nakradł tyle łaskawca,
Żeby udawać trzeba biedaków.

Miałbym ja pomysł na ich Belweder:
Namiot olbrzymi niezwykłej krasy,
Ze sznurem lampek, by jebać biedę,
I w biało przecież czerwone pasy!

I to by było też po szpanersku,
Gdyby odezwy jakie dawali,
Żeby pisali w nich po węgiersku,
Lub głagolicy wprost używali…

Krótko, bo krótko. Zrozumcie wszakże,
Że jest nadzieja wykolejona:
„Oto po polskim tuskowym łagrze,
Lądujem z ulgą w Jarka ramionach…”

(Póki tej frazy nie rozumiecie,
Póki was dreszczem to nie przeszywa,
Polakiem jednak nie zostaniecie…
Hetero to się na co dzień bywa.)

Lecz cóż to, co to, moi kochani?!
Co to się dzieje, drogi narodzie?!
Na jaw wylazły przewały drani,
A dla was złodziej to już nie złodziej?!

Ach, zapomniałem, znów od początku:
Gnoje bez sumień, wstydu, honoru
Pewni uszczuplić wam znów rozsądku
Do sprawdzonego tak dobrze wzoru:

Że to jedyni oni patrioci,
Że Niemcy rządzą nami lub Goci,
Że ani piędzi, ani guzika,
Że Matka Boska u Naczelnika,

Że kto nie z nami ten wróg śmiertelny,
Że inne zdanie, to grzech bezczelny,
Że im po prostu „się należało”,
Dlatego zawsze będzie za mało,

Że larum grają Rzeczpospolitej,
A jej ratunek jest i nadzieja,
Tylko w niewoli nas całkowitej
U złośliwego małego geja…

Ale, gdy już was ruszy sumienie,
Zbawca odpuścić wam grzechy skory:
Tylko nie za nic, ty durna mierzwo:
A za wybory. Wasze wybory.

**

Powiecie, że to szczyt bezczelności?
Że to jest mara jakaś szalona,
Cnotą uczynić skrajne podłości
I dwa z nas wrogie zrobić plemiona?

Rozmyć nam państwo i instytucje,
Zniszczyć hierarchię, prawo, wartości;
Nad uczciwością dać prostytucję
I nas utopić w gniewie i złości?

A wszystko tylko dla swych ambicji,
Co się na władzy kończą i szmalu,
Więc przyzwoitość jest w prohibicji
Pośród łajdactwa orgii i balu?!

No to popatrzcie, ale uważnie:
Coraz mniej się ci „patrioci” boją,
Zrazu nieśmiali, teraz odważnie,
Na nieprawości swych górze stoją;

Złodzieje, kłamcy, oszuści, dranie,
Na niepewności waszej się wożą:
Łeb coraz wyżej złodziejski kłamie…
…oni nie wieją! Oni… NAM GROŻĄ!

Mam więc rodaku takie pytanie:
Jak muszą obić durnego pyska;
Jak tobą gardzić, okraść cię, panie,
Żeby na Węgry musieli pryskać?!

5/5 - (1 vote)

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.