Jest lekki gnój o zasięgu międzynarodowym. Roberta poturbowali w Enerdowie. Raptem 17 lat spokoju po wpierdolu jaki zebrał sobowtór pana Kleksa* podczas usunięcia z pokładu aeroplanu Lufthansy i znowu zadyma. Obrońca granic przekroczył granicę według niemieckiej milicji. Podobno teściowie w końcu się wkurwili i przy niedzielnym rosołku Robuś usłyszał, że ma ruszyć dupę do normalnej roboty i ten ruszył na szparagi. W życiu nie zajmował się pracą fizyczną, więc nie miał chłopak pojęcia jakie oprzyrządowanie zabrać na plantację. Teściu mu wręczył jakiś krzyż wytargany z szopy i zapakował we Flixbusa. Globtrotterowi w saksach do rajchu towarzyszyli kamraci z Ruchu Obrony Granic, którzy zatankowali więcej paliwa niż mieści bak autokaru z tym, że skoncentrowali się na produkcie etylowym o wysokim oktanie. Plus jakiś gazowany lubrykant w ramach sprzęgła. Bezpośrednio w palnik.
Po drodze wydzwonili redaktorów z Republiki, aby na bieżąco relacjonować trip za miedzę. Chłopaki w wieku od 50 do 90 lat postanowili w drodze do szparagowego kurortu uczcić pamięć pomordowanych przez nazistów, następnie posilić się kebsem, ale te czynności zostały brutalnie przerwane przez służby mundurowe, które wytarły Pierdziewizem 3/4 parkingu, a ten mógł się wypłakać Życzkowskiemu** w rękaw. Niemiaszki tłumaczą, że eksportowy cymbał z innymi troglodytami darli mordy jak opętani, a zamiast sprzętu do zrywu szparagów, posiadali strategiczną broń polskiej armii czyli krzyż i jakieś tam tabliczki na których użycie nie było zgody. Dodatkowo Robuś zapomniał poinformować stronę niemiecką o planach swojego przybycia, a powinien tydzień wcześniej. Ja tam nie chcę Pierdziewicza bronić, ale z jego IQ to cud, że się nie zesrał w autokarze.
Ponieważ wystawowy debil prawicy stawiał opór, dostał prewencyjny oklep i ma wielki ból dupy. Prawdopodobnie wróci na krzywy ryj do teściów, którzy żałują, że ten rozwód w 2011 roku nie był autentyczny. Wcześniej Robuś mieszkał u swoich starych, ale jak wyszedł na ważny marsz zmienili zamki w drzwiach do lokalu mieszkalnego. Warto wspomnieć, że nasz samozwańczy obrońca tej kreski na mapie, odniósł w swoim życiu sukces na płaszczyźnie biznesowej. Upierdolił firmę koncertowo. Co tam firmę. Pogrążył elegancko kontrahentów, a następnie charakternie ogłosił upadłość konsumencką i pocałujta go w dupę. Jak obecnie relacjonuje najwolniejszy plemnik Pierdziewicza, a mianowicie jego córka Pamela, Bianka czy tam k… Grażyna, stary zdycha pod butlą z powodu pogruchotanych żeberek. Dziedziczka zadłużenia upiera się jednocześnie, że jej, tfu, stwórca doświadczył wstrząśnienia mózgu. Zajebisty żart, bowiem ten organ jest niepotwierdzony żadnymi badaniami na najnowocześniejszym sprzęcie. W napierdalaniu Pierdziewicza uczestniczyły panie w mundurach. Jakież to symboliczne, wziąwszy pod uwagę, że sam Robuś koncentrował swe wysiłki na przemocy wobec kobiet. Nie jestem rzecz jasna osobą decyzyjną w zakresie międzynarodowym und politycznym, ale prywatnie uważam, że reparacje zostały zwrócone z nawiązką.
* autor ma na myśli słynnego „premiera z Krakowa”, który to krzyczał: „ratunku Niemcy mnie biją”, a nazywał się Jan Maria ROKITA (nomen omen).
** podaje się za dziennikarza Republiki.
Tytuł felietonu dodany przez redakcję. Tekst oryginalny jest na Facebooku.

Po co bąka trzymać w dupie, niech polata po chałupie.