Modlitwa synchroniczna

Nadchodzą Święta Wielkiej Nocy. Nieprzypadkowo jest to dla chrześcijan święto najważniejsze: to ono bowiem tłumaczy cały sens chrześcijańskiej wiary, nadziei i miłości. Wiary, bo trzeba uwierzyć w poświęcenie tam, gdzie na pozór zdaje się nie mieć sensu; nadziei, bo (czy słusznie, to już każdy musi w sercu rozważyć sam), daje nadzieję, że nigdy nie następuje ostateczny koniec, jak bolesna i beznadziejna nie byłaby męka; i miłości, bo pokazuje bezmiar możliwego dla niej poświęcenia.

Można z tego wyciągać nauki, bądź nie; można na to spojrzeć religijnie, etycznie, bądź tylko kulturowo: niemniej zmartwychwstanie Jezusa, obok wiary w nie lub niewiary, to niezmiernie ważny topos cywilizacyjny. Szczyt Ewangelii, powiązanie wszystkich wątków, koniec serialu, wyjaśnienie wszystkich sezonów, wielki wstrząsający finał.

Jest o czym dyskutować, o czym snuć refleksje, nad czym się zastanawiać.

Ale można też mieć to wszystko tak naprawdę gdzieś, nie mieć zielonego pojęcia o tym, co się świętuje i skupić się wyłącznie na powierzchownej, jarmarcznej wersji tego, co zwie się w Polsce „wiarą katolicką”. Nie zrozumcie mnie źle: też uwielbiam zajączki, jajka, bazie i sianko pod obruskiem (na wszelki wypadek, to ostatnie to przyciężki żarcik). Niemniej uważam, że te wszystkie rzeczy powinny być OBOK, a nie ZAMIAST. No cóż, może to właśnie pusta obrzędowość pozbawiona treści skazuje nas na życie wśród tak wielu ludzi, którzy mając się za wierzących – łamią w imię tej wiary jej przykazania. Nie zdają sobie sprawy z własnej hipokryzji, albowiem w istocie nie znają zasad i dogmatów tego, w co rzekomo wierzą…

Kiedy patrzę na kłamstwa polityków, obłudę kapłanów, faryzejstwo wyborców; kiedy słucham piętrzących się w tysiące słów i działań masywów kłamstwa, szczucia, złośliwości, zawiści i pogardy, kiedy oglądam ten cały cyrk w publicznym życiu Polski, który jest efektem ostatnich ośmiu lat – wtedy czuję się niewyobrażalnie przybity.

A może ja przesadzam? Może to naprawdę jest tylko teatr? Może ci ludzie obrzucają się wyzwiskami, najgorszymi kalumniami, rzygają nienawiścią tylko na pokaz, a poza kadrem idą razem na wódkę? Nie wiem i coraz mniej mnie to obchodzi. Bo ja już widzę tylko coraz bardziej oddalające się od siebie dwa plemiona, które nie wierzą już we wspólnotę, które już nie mają nadziei na dialog, i w których nie ma już miłości do inaczej myślących.

Ci, którym zechce się przeczytać poniższy wierszyk, mogą słusznie uczynić mi zarzut, że sam się w tę wojnę plemion wpisuję. Jest tam bardzo dużo goryczy, złośliwości, chwytów poniżej pasa, obraźliwych określeń. Tak, wszystko to prawda, sam jestem tą wojną polsko – polską zbrukany, nie potrafię już być obiektywny, nie chcę taki być, już nie potrafię, bo zbyt wiele wraz z wami naoglądałem się w ubiegłych latach niegodziwości, która stroiła się w szatki cnoty i patriotyzmu. Mea culpa, sam nie jestem bez winy… Ale, z drugiej strony, skoro mam się za chrześcijanina, nie powinienem milczeć, gdy kto inny w moim imieniu niejako ogłupia ludzi i wciska im nienawiść jako ekwiwalent miłości. Trudno mi wtedy zachować spokój, przepraszam. To naiwne, ale kiedy słucham pewnego pana, który zrobił z tego kraju płonący burdel, a teraz najpierw wstawia tyradę o kulturze osobistej, a potem z nienawiścią w oczach i wylewającą się w drwiącym uśmieszku pogardą mówi do ludzi per „panie członku” – moje serce zamiera. Zło panoszy się, kiedy ludzie milczą.

Nie powinno się nienawidzić człowieka. Ale można nie lubić tego, co w nim tkwi.

Mam nadzieję, że mimo wszystko jakoś przebrniemy przez te czasy rosnącej pogardy, nienawiści i wrogości. Tego nam wszystkim życzę z okazji zbliżających się Świąt. Tego chyba potrzebujemy teraz najbardziej.

 

Modlitwa synchroniczna

 

Kraj smagany przez zadymę:
Katoliki bogobojne,
Zjarani kadzideł dymem
Świętą dziś prowadzą wojnę.

Facet w złotej sukni bowiem,
Z troską snuje nam falsetem
Spode torby na swej głowie
O tych strasznych elgiebete.

Inny bałwan pewien swego,
Bo telefon ma do Boga,
Twierdzi, że za klocki lego
Piekła spali nas pożoga.

Gdzie ten Kościół z PRL-u,
Co nas łączył nauki swemi,
Iż uwierzyć mogło wielu
W solidarność na TEJ ziemi?

Kiedy zmiotła to parodia,
W której szczucia z ambon dramat?
Żar miłości jak pochodnia
Zmienił w gębę się imama?!

Nieugięci w celibacie,
Bohaterzy sztywnych zasad:
Po obsesji ich poznacie
Na tle piczki i kutasa.

Pastorał na sztorc przed dzieckiem
To jest przecież takie nic;
Pasterz po to ma owieczkę,
Aby ją namiętnie strzyc.

Panie starsze się przerażą,
Mocą zmartwychwstałej cnoty,
Że aborcje robić każą,
Kiedy nie ma już ochoty…

Drogi bilet jest do Nieba,
Więc okrutnie przestraszone:
Z zaskórniaka złocić trzeba
Liczne twierdze oblężone.

Brechtą szczute, pchane blagą,
Że prawości lęk jest szańcem:
Strzelą za bezbożność lagą
I poprawią w łeb różańcem.

Kult obrazków, wot, świecideł
Tak bliźniego już zasłania,
Że za drwinę z tych mamideł
Tłukliby w łeb bez wahania.

Spójrzcie jak rozumek kusy
Drży od „prawdy” objawionej,
Że go zniszczyć ma zakusy
Z mocy brednią urojonej:

Tusk i Potter, Hello Kitty,
Żydy, Niemce lub Francuzy,
Spódnic krój za krótko szyty
I z unijnych rządów tuzy;

Ciemnoskórzy, imigranci,
Telefonia komórkowa,
Zbyt rozmowni ministranci
(Aż trza księdza przelokować);

Rock, szczepionka, ewolucja,
Tolerancja (jasna sprawa),
Liberalizm i polucja,
Nauka, radość i zabawa.

Film, którego nie widzieli,
Euro, „lewak”, GMO,
Dwóch facetów, co w pościeli –
To jest przecież czyste zło…

Wszystko zmienia się w obrazę,
Ale nie promocja śliczna,
Pod najświętszym gdy Obrazem
Pląsa szuja polityczna.

Bardzo czułe na honorze
Parafiany rozpalone,
Acz egzorcyzm nie oburza
Odprawiany salcesonem.

Pstro na desce kpy malują
Co się diabłem ciżbie stanie;
Ludek prosty tym zajmują,
By nie przejrzał niespodzianie:

Pychy, gniewu i chciwości,
Nieczystości i obżarstwa,
I lenistwa, i zazdrości,
Nade wszystko zaś ich łgarstwa.

Oto dobra jest nowina,
Co już jest nie do poznania:
W imię Ojca, Ducha, Syna
Szczuć bez wstydu, bez wahania!

Hipokrytów banda śliskich
Tak się świątobliwa czuje,
Że Bogiem wyciera pyski
I do partii angażuje.

Marsze są więc modlitewne,
Szturmy, akcje i kampanie;
W okopach litanie gniewne,
Bo to wojna o przetrwanie.

Co następne? Rzut brewiarzem?
Modlitw konkurs synchronicznych?
W parach skoki nad ołtarzem,
Bieg przez płotki kanoniczny?

Na modlitwę przemysłową
Bóg nie znajdzie już sposobu,
Gdy powiedzą tylko słowo,
Przywróci łajdactwo do żłobu!

Za na prostych żerowanie,
Że się Boga nie boicie,
Oby istniał dla was dranie
Ten, w którego nie wierzycie.
Alleluja!

 

Oceń artykuł

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.