Wysoka Komisja

Zainspirowany ostatnimi posiedzeniami  śledczych komisji poselskich poczułem się na tyle słabo, że musiałem jakość sobie to  przygnębienie powetować, skanalizować i zwerbalizować. Pojawiła się psychiczna potrzeba odreagowania, im dłużej więc obcowałem z obradami obu komisji, tym bardziej rozrastała mi się niniejsza opowieść; im nudniej i bardziej ślamazarnie postępowały prace tego, co miało być petardą w składzie sztucznych ogni, tym moja opowieść snuła się wolniej; im większy zawód czułem merytorycznym przygotowaniem i ogólnym poziomem intelektualnym członków komisji, tym moja opowieść była bardziej rozwlekła, miałka i nie trafiająca w cel. No i trudno, nie trzeba było tego niszczącego elementarne poczucie sprawiedliwości i celowości teatrum oglądać. No ale niestety, obejrzałem, zwerbalizowałem i muszę tego spuchniętego potworka gdzieś teraz zrzucić… Aż mi żal tych nielicznych jednostek, które przeczytają to do końca: ale, niestety (o wielki zawodzie!) tak właśnie się czułem, oglądając dość kompromitujące poczynania Jońskiego i Sroki.

Wszystkie skojarzenia i podejrzenia, które mogą narzucić się przy czytaniu tego tekstu, nie są w żaden sposób przypadkowe i były całkowicie zamierzone.

 

Cyrk

 

Miałem takiego niesamowitego stryja. No, niezwykły był z niego gość. Wielki jak szafa, z kruczoczarną gęstą brodą, z kotwicą tatuowaną na ramieniu – wyglądał po prostu jak Bluto z Popey’a,  co było o tyle zabawne, że naprawdę był marynarzem. A wagę tego faktu docenicie dopiero wtedy, kiedy wam powiem, że działo się to w czasach kraju rosnącego w siłę i ludu żyjącego coraz dostatniej. Czyli w czasach przygnębiającej szarzyzny, ludzi przygiętych jak pingwiny bezbarwnością życia i kiedy to każda najdrobniejsza rzecz z odrobiną koloru lub niepowtarzalności była na wagę złota w kołchozowym sznycie burego badziewia produkowanego dekadami w niezmienionej, topornej formie.

Stryjo był wyrwą w systemie, pęknięciem takim. Może nie niebieskim, jak to się wtedy mówiło, ale za to kolorowym ptakiem. Zgrzytem w takcie ponurej socrealnej kantaty na młot i sierp, zadziorem w zgrzebnym płótnie pokutnego wora, narzuconego kilku generacjom na wpół oszalałych beznadzieją ludzi. A on miał złoty kolczyk, amerykańskie papierosy i zawsze jakiegoś ubeka za rogiem, który go śledził. Ja rzecz jasna nie miałem wtedy pojęcia, głupi szczyl, za jaką cenę stryjo pływa po Karaibach i ma żonę w każdym porcie – a dziś już nie chciałbym już nawet o tym wiedzieć. Po co mi to, wolę pamiętać jego tubalny rechot i wrodzony powab papugi wśród stada ponurych wron. Chcę pamiętać mojego bohatera żywcem z „Wyspy Skarbów” i w dupie mam, czy on tam co podpisywał.

Teraz, po latach, niewiele już pamiętam z jego barwnych, morskich opowieści. Pomieszały mi się dokumentnie z obejrzanymi filmami, przeczytanymi awanturniczymi  książkami – może dlatego, że było w nich podobnie dużo ubarwiania i konfabulacji, jak na to spojrzeć dziś moim starym okiem. Choć, co zabawne, pamiętam dobrze kompletnie lądową opowieść z jego dzieciństwa, czy może raczej wczesnej młodości. Akurat ona wryła mi się w pamięć tak, że wielokrotnie ją śniłem, w różnych wariantach i konfiguracjach; raz ze stryjem w opałach, innym razem ze stryjem tryumfującym, albo zgoła ze mną w roli głównej. Ot, logika snów. Niemniej opowieść o tym, jak stryjo nawiał za młodu z cyrkiem, musiała wywrzeć na mnie nieliche wrażenie, skoro pamiętam ją do dziś. I tak strasznie zazdroszczę, tak potwornie zazdroszczę tej łatwości, z którą kolorowy człowiek spluwa na szary świat, który za nim zostaje.

A było to tak.

Stryjo miał na pieńku ze swoim starym  (a moim dziadkiem, gdyby to jeszcze nie było całkiem jasne). Otóż dziadek mój ze strony ojca był niepodrabialnym egzemplarzem człowieka niezwykle porządnego i wyzbytego jakichkolwiek cieplejszych cech ludzkich. Był to człowiek tak poukładany, że gardził bezmiernie jakimkolwiek cieniem bałaganu, czy to w gumnie, czy to we łbie. Podejrzliwie patrzył na emocje niezwiązane z zarabianiem pieniędzy czy obsesyjnym pilnowaniem codziennego rytuału. Trudno byłoby go określić jako człowieka, który cokolwiek naprawdę lubi; można by go natomiast godzinami zgłębiać przez mnogość rzeczy, których nienawidzi. I oto takiemu właśnie staremu zrzędzie trafił się jako najmłodszy dzieciak – stryjo. Rozumiecie? Nie dałoby się chyba bardziej żenić ognia z wodą, niż wepchnąć tych dwóch pod jeden dach, snadź jednak Bóg najwyższy w niebiesiech ma to niezwykłe poczucie humoru, które nie tylko w tym przypadku bokiem wychodzi wszystkim zainteresowanym. Dziad mój był tak dalece pozbawiony wyobraźni i tak dalece przesiąknięty oślim uporem, iż postanowił biednego stryja złamać, nagiąć swej woli, uczynić takim, jakim powinien być w mniemaniu dziadka każdy porządny człowiek – czyli dokładnie takim, jakim był właśnie on sam.

Nie będę was zanudzał jednostajnymi opowieściami o dziadkowym pasie, o pękniętej od kułaka błonie bębenkowej, o wybitych trzech zębach trzonowych, wylądowaniu w gnojowicy i otrzaskaniu batem. Powiem tylko, że im bardziej jeden popadał w sadyzm, gnany ślepą złością z niepowodzeń swojego planu wychowawczego, tym bardziej drugi zacinał się w sobie i stawał się jeszcze konsekwentniej krnąbrny i niezależny. Jak znam urok starych, dobrych, konserwatywnych czasów i wartości, byłby dziadek zatłukł swe najmłodsze latorośle na śmierć w celu zbawienia jego zbłąkanej, rogatej duszyczki. Coś jak inkwizycja ratująca nieboraków torturami od wiecznego potępienia. Stryjo nie wykazał jednak ani odrobiny wdzięczności za te heroiczne wysiłki i dobiwszy poważnego wieku lat jedenastu, po prostu nawiał z domu.

„Duży byłem” – mówił – „nad wiek. I bezczelny. Twierdziłem, że mam dwudziestkę, tylko nie wyrosłem. Z tymi powybijanymi zębami i naderwanym uchem i z Radomskimi w gębie nie wyglądałem na jedenaście lat, możecie mi wierzyć”.

No i wierzyłem, a wtedy wierzyli też pewnie inni. Mleczarz, który dał mu przenocować na portierni. Maszynista lokomotywy, który podrzucił go do Jabłonowa. I kierownik administracyjny cyrku, do którego stryjo zapukał po pewnym letnim seansie w Brodnicy. Program musiał sprawić na nim spore wrażenie, choć, jak opowiadał: „Wlazłem pod płachtą pod ławki, słyszałem niewiele, widziałem jeszcze mniej, ktoś na mnie z góry nasmarkał, ale to, co udało mi się dojrzeć, spowodowało, że postanowiłem zostać cyrkowcem”. I stryjek został. Cyrkowcem. Jeszcze po latach pokazywał nam, zachwyconym dzieciakom, jak je szkło, chodzi na rękach i wciąga ścierkę nosem. Mówiłem: stryjo był niesamowity. W sumie nie to wryło mi tę opowieść w pamięć, nie cała ta historia z ucieczką z domu po nocy i bez grosza przy duszy, za to z dziurawymi butami. Tak, to wszystko było już wystarczająco niesamowite, szalone, awanturnicze; ale kto wie, czy pamiętałbym tę historię, gdyby nie clown Pepe.

Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że gość, którego widuję do dziś w snach z siwymi kępkami włosów po obu stronach łysej czaszki i z karminową szminką wokół ust oraz czerwonym, pluszowym nosem – nie istnieje. To znaczy, istniał swego czasu Bogdan Szyłłejko, etatowy klaun cyrku „Paradiso”, nawet po latach wierzę stryjowi, i nie tylko w to. A wtedy wierzyłem tym bardziej: uwiedziony jego barwnymi opowieściami do tego stopnia, że wystarczy mi dziś zamknąć oczy, żeby zobaczyć ponurą facjatę klauna Szyłłejki – choć nigdy go w rzeczywistości nie widziałem… Szyłłejko był człowiekiem nad miarę ambitnym. Jak sam twierdził, niegdyś był świetnie zapowiadającym się woltyżerem. Czasem jednak zmieniał opowieść i mówił o akrobatyce, względnie o tym, jak miał zostać siłaczem. Co można było odbierać jako prowokację, ponieważ klaun Pepe miał metr pięćdziesiąt w kapeluszu, nawet uwzględniając psikający kwiatek na czubku i był dość cherlawy tudzież z domu chorowity. Z nieustalonych względów ludzie Szyłłejką gardzili. On sam uważał, iż był to wynik jego złamanej w zarodku kariery: „Kiedy jesteś dorosłym facetem, a masz na mordzie szminkę, nikt cię nie szanuje”. Mój stryjo był zupełnie innego zdania: „Jest takie powiedzenie, że konusy bez sumienia są takie paskudne, bo mózg za blisko gówna. Może to i brzydkie powiedzenie, ale do Bogusia pasowało bardziej, niż do kogokolwiek innego”.
Po tylu latach stryjek mówił to ze zgrozą. Choć tyle w życiu przeżył, choć życie nie pieściło go od urodzenia, choć własny ojciec był mu oprawcą – w jego tubalnym głosie prawdziwą obawę i wstręt wyczuwałem tylko wtedy, kiedy mówił o Szyłłejce. Może dlatego tę opowieść pamiętam? Może dlatego widzę klauna Pepe, jakbym go kiedykolwiek naprawdę zobaczył? Bo uwierzcie: kiedy taki gość jak mój stryjo, potężny ciałem, charakterem i duchem, mówi z obawą o jakimś cyrkowym pokurczu – to ten cyrkowy pokurcz musiał mieć w sobie coś więcej, niż niedostatek wzrostu i kindersztuby.
Kiedy stryjo przystał do cyrku „Paradiso” jako szacowny jedenastolatek, modulujący głos i przyklejający sobie nad górną wargą włosie z końskiego ogona, cyrk ów przeżywał właśnie okres prosperity. Nawiasem mówiąc, cyrk w PRL w ogóle nie miał źle. Na niewtajemniczonych musiało to robić spore wrażenie: przybytek noszący w sobie zatrute nasiona wolności, braku skrupulatnej dokumentacji, łamania przepisowej szarzyzny jakimiś burżuazyjnymi cekinami, namiot w paski i bez urzędowej powagi, zgrzytliwy wyłom w codziennej rutynie zgrzebności, pękniecie w ciągłym betonie śmiertelnej powagi… No więc jak? Ano tak, towarzysze, że kultura radziecka. A kultura radziecka, obliczona przez mużyka dla mużyka, nie mogła być mniej toporna, niż radziecka technika. Gniotsia, nie łamiotsia. W kraju, w którym prawie sto milionów ludzi użyźniło swoimi mięśniami i kośćmi budowanie zamków z piasku, mgły, kału i błota trzeba było legionom niewolników rozrywki. Wot, prawdziwej kultury. Cyrku. A skoro tak zadekretowali radzieccy towarzysze, wiedzeni kałmuckim poczuciem humoru smagniętym biczem z mongolskich stepów – to musiało to obowiązywać i peryferia imperium: cyrk stał się rzeczą świętą, zwieńczeniem kultury wyższej, niczym złote zęby partyjnych kacyków. Gustowne, kulturalne, nienachalne i dyskretne jak cała idea Kraju Rad.
Zatem cyrk miał partyjną „kryszę”, był zadziwiającym wyłomem w sztywnych i zgrzebnych tabelkach socrealizmu, szedł swoim niezależnym torem, co dla każdej działalności byłoby grzechem dosłownie śmiertelnym, gdyby nie to zdumiewające poparcie towarzyszy radzieckich… i tak oto Węgrzy, Polacy, Czesi, Enerdowcy walili czołami wobec krasiwej kultury wyższej cyrku, kiedy prawdziwa kultura dojrzewała w piwnicach drugiego obiegu. Nie oznacza to przecież, że ta oaza  jaskrawych kolorów we mgle powszechnej szarości, że te serpentyny i cekiny dostępne wyłącznie na „rynku wtórnym”, że tusz orkiestry, nostalgiczny szapoklak i frak dyrektora, że ten jeden, jedyny, pamiętany przez pokolenia małomiasteczkowej dziatwy, wyleniały lew – że to nie zostało socrealem w żaden sposób zainfekowane. Nie ma układów izolowanych, stryjo coś pewnie podpisał, Bogdan może i jeździł kiedyś jako dżokej na Służewcu, dopóki mu za machlojki ktoś z miasta nie przetrącił krótkiego kręgosłupa i nie przyprawił szminki – cyrk też był socrealny. Socrealistyczną kanciastością, która za sprawą sformatowanych swego czasu w tym sznycie umysłów wraca do nas do dziś. Niewiarygodne. Szalone. A prawdziwe, jak zaplecze cyrku.

Właśnie, zaplecze. Pepe to był prawdziwy człowiek zaplecza. O zapleczu wiedział wszystko. Orientował się. Wiedział co, gdzie i za ile. Pewnie nic by mu to nie dało, bo, jako się rzeķło, wszyscy Szyłłejką gardzili, przez podstawowy instynkt przetrwania, który w pewnych sytuacjach zabrania nam dotykać tego, czego zapach może nas już nie opuścić.
Jednak w końcu do klauna uśmiechnęła się sama scena, tak obficie wysypana brudnawym piaskiem.. Cyrkiem „Paradiso” od lat sześćdziesiątych rządził Dyrektor. Postać tajemnicza o tyle, że o „dyrektorach”, tudzież o ludziach „z zawodu będących dyrektorami” stugębna plotka wiedziała wszystko. A o nim niewiele. Nie miał kochanek, wcześniejszego adresu, rzadko się odzywał, pił z rozpaczy, a nie jak wszyscy i zaciągał po lwowsku. Dlatego nikt nie wiedział, kim naprawdę jest. Nikt, absolutnie nikt, ani jedna osoba. Przynajmniej wszyscy przysięgali, że nic nie wiedzą. Stryj też nic nie wiedział. Słowo. A jak stryj się czegoś nie mógł dowiedzieć, to nikt nie mógł. Śmiał się tym swoim rykiem odrzutowca, mrugał okiem i mówił: „To musiał być niezły ananas, tak się bał.”
I kiedyś ten dyrektor w pijanym widzie wlazł do klatki lwa. Chyba musiał być pijany: lew nie reagował i był stary, a ten go okładał swoją dyrektorską lagą. Pierwsze ugryzienie było nawet jakby tylko na postrach, w udo. Tak pokazała sekcja. Potem poczciwy lew podgryzł temu biednemu człowiekowi gardło, ale nie jakoś szczególnie namiętnie: dyrektor odpełzł w róg klatki i tam skonał, niemal nienapoczęty. Mówią, że ludziom przed śmiercią potrafi przelecieć przed oczami całe życie. Stryjo miał nadzieję, że staremu dyrowi nie leciały przed oczami szeregiem sowieckie sławojki i dziury w ziemi. Następnego dnia zrobiło się trzęsienie ziemi. Lament i pożoga. Umarł „stary”, bat na dupska, pędzący do roboty, ale jednak… uczciwy… sprawiedliwy… może i duchem rzadko obecny, a prezencją jeszcze rzadziej, ale jeśli idzie o szefów, to raczej są to pozytywy, prawda? I tu Pepe zwietrzył swoją szansę. Wicedyrektorem cyrku był Zdzisław Nieszczególny. Nie to, że nieszczególny, po prostu takie nazwisko miał. „Po ojcu”, jak powiadał krótko i po żołniersku. Poczciwina, ale o intelekcie zakręconego słoja, jakby faktycznie był trepem. Ten z kolei był gadatliwy i naiwny jak baba, chlapał ozorem na prawo i lewo, a odpowiadając za aprowizację i sprzęt miał dość lepkie rączyny. Kiedy zatem następnego dnia po feralnym wypadku z lwem szykował się spokojnie na objęcie schedy, do jego wozu zapukał nie kto inny, jak sam Bogdan Szyłłejko. Rozmowa nie trwała długo, po jakimś kwadransie Szyłłejko wyszedł z wozu, zaraz po nim wyszedł Zdzichu, i, jak opowiadał stryjo: „minę miał jakąś taką naprawdę zagubioną, zdumioną i taką… he, he, nieszczególną”. A po rozrywkowym zakładzie pracy uspołecznionej „Paradiso” gruchnęła wiadomość, że nowym dyrektorem zostaje nie kto inny, jak klaun Pepe, jedyny członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej na terenie cyrku.
Ten numer był chyba bardziej ryzykowny, niż wszystkie przedstawiane na scenie, szczególnie że namiot „Paradiso” był klasy „medium” i wyprodukowany został na terenie Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii, w związku z czym po nieudanym salto mortale spod zwieńczenia pasiastej budy można było ewentualnie połamać obie nogi. Nikt też z cyrkowców nie wierzył, że to się powiedzie: szczerze mówiąc, wszyscy mieli Szyłłejkę na tyle w dupie i przez tyle lat okazywali mu tak słabo skrywaną niechęć, że nie bardzo mieli ochotę znaleźć się teraz w dupie u niego. Każdy niby tam wie, że fortuna kołem się toczy, ale żeby się pod to koło pchać?! Aliści okazało się, że Szyłłejko, to człowiek talentów tak rozlicznych, i takiego rodzaju, iż nikt się dopotąd po nim ich nie spodziewał.
Mariolka z trapezu szybko zaczęła coś bąkać ukradkiem, że może to nie taki głupi pomysł, bo może Szyłłejko dopilnuje wreszcie, żeby nikt nie kradł jej notorycznie kostiumów, które potem widać na mieszkankach miast powiatowych, które gościły „Paradiso”. I że może wreszcie ukróci te podłe plotki, że ona, Mariolka, puszcza te kostiumy na lewo. Tym bardziej że i tak w większości były już dziurawe.
Jureczek, połykacz ognia, nagle zaczął się spierać z niedowiarkami w sprawczą moc Szyłłejki tezami nie do odparcia: „Popatrzcie” – wywodził – „Jaki burdel zostawił tu stary dyrektor! Nic nie było tak jak trzeba! Bilety były na czerwonych papierkach, zamiast na złotych, wielbłąd był w lewym boksie, a nie w prawym, nie było OPZZ i ani jednego członka w nim, no burdel, burdel po prostu! Tersz ja, jako wicedyrektor, zaraz tu z Bogdanem porządek zrobię!”
Renatka, kobieta-guma, aż czerwieniała ze złości, kiedy ktoś podnosił jakieś argumenty przeciw Szyłłejce. Nazywała to oczernianiem, nieobywatelską postawą, brakiem szacunku, patriotyzmu i pobożności. Była bowiem na tyle wygimnastykowana, że zorientowała się wystarczająco wcześnie, iż skoro wszelka władza od Boga pochodzi, to i członek PZPR może być pomazańcem Bożym i najprawdziwszym patriotą. A już zwłaszcza dlatego, że Szyłłejko nienawidził Żydów (co, jak opowiadał mi stryjo, było jej błędem poznawczym, albowiem sprytny Boguś i owszem, może i nienawidził Żydów, ale nie bardziej, niż dosłownie wszystkich innych, poza sobą naturalnie), co Renatka, primo voto Warszawska, całkowicie rozumiała.
Przygłupi Michaś, co to karmił zwierzęta, stwierdził zaś, że: „Paaaanie, to wszyćko za jedno, bydzie dobrze abo i źle bydzie. I tak było dobrze abo do dupy. Mi tam wszystko jedno, panie kochany. Żeby tylko do lwa nie laz, bo potem na żołądek słabuje. Wąs się panu odkleił?”

I tak oto, nie wiedzieć w sumie jak, jakoś tak z zaskoczenia, zakulisowo, cichutko, podstępem, wytrwałością, podłostkami, Bogusław Szyłłejko, etatowy ponury klaun, został dyrektorem placówki kulturalnej „Paradiso”. A w związku z tym, że od zawsze podejrzewał w sobie geniusza, w świetle tego niebywałego, a błyskawicznego sukcesu znalazł dla tych swoich podejrzeń potwierdzenie.
Tak oto dla cyrku „Paradiso” nastały nowe czasy. Jureczek nazwał to nawet „dobrą zmianą”, albowiem dotąd, jak już tak bez mała dwa pokolenia, widywał zmiany wyłącznie na gorsze. Ale myliłby się ktoś, kto by śmiał sądzić, że tak utalentowana jednostka, jak klaun Bogdan Szyłłejko, osoba predestynowana do celów niedosiężnych zwykłym śmiertelnikom i – nie zawahajmy się tego stwierdzić – także co pomniejszym bogom, poprzestałaby na zwyczajowym świętowaniu sukcesu, czyli machnięciu ręką, upiciu się i zamknięciu w dyrektorskiej budzie. O nie. Co to, to nie. Albowiem, o potworności losu, Pepe nie był tylko wrednym, intryganckim kurduplem. Był sprawnym intrygantem o ego tak rozrośniętym, że mogłoby wystarczyć dla dwóch absurdalnie spasionych zapaśników sumo. „Nic dziwnego, że takie ego musiało z niego wykipieć” – mówił stryjo – „Ja i tak miałem już na oku inną fuchę, i to poza granicami sowchozu, ale żal było patrzeć na te oderwane od życia cyrkowe pięknoduchy, jak je ten skurwiel przerabiał. W dwa lata pozamiatał: Na starcie on był jeden klaun, a na końcu on dyrektor, a wszyscy klaunami. Z jakiegoś punktu widzenie, mój dobry Boże, to był naprawdę zdolny człowiek… choć może „człowiek” to za duże słowo…”
Namiot zaczął się przechylać. Wielbłądy zdechły, bo i tak byłe niezgodne z linią partii i patriotyzmem. Traktor do ciągnięcia wozów startował już tylko na pych. Brakowało klaunów, bo kandydaci nie zdobywali uznania dyrektora, który wysublimowane poczucie humoru zyskał na patrzenie na swoją zawistną twarz w lustrze. Temu naprawdę żaden pajac nie potrafił sprostać. Dyrektor zwyczajowo był konferansjerem, ale poczucie humoru Szyłłejki powodowało o kilkulatków (czyli, było nie było,  głównej klienteli) płacz i nerwową agresję, a u ich rodziców nerwowe uśmieszki i chichoty zażenowania.  Piasek areny cuchnął moczem, OPZZ w osobie Jureczka domagało się dodatków dla załogi za pracę na wysokościach, więc Jureczek dostał talon na trabanta.  Bogdan zdawał sobie sprawę, że trzeba coś z tym zrobić. Jego geniusz nie mógł się mylić, wszystko szło właściwym torem, przecie po to wziął tych wszystkich głupców za mordy i tym wierniejszym podwoił pensje, żeby z cyrku zrobić prawdziwe cudo. Przecież z jego geniuszem już powinni jechać do Mediolanu, Paryża, San Marino!

A tu w Pcimiu pustki…

To spisek. To musi być spisek! Ktoś mu podkłada kłody pod nogi! (Faktycznie, kiedyś stryjo – o, w jego to stylu! – pchnął po ciemku Szyłłejkę na linę namiotu i stwierdził, że to wiatr. I jeszcze otrzepywał „szanownego Pana Dyrektora”)
Na spiski trzeba reagować, nie ma to tamto. Trzeba korygować intrygi, nacisk, presję, wywoływanie w ludziach najgorszych instynktów. Wtedy i tylko wtedy da się to cyrkowe tałatajstwo ostatecznie wziąć za mordę i poprowadzić do szczęścia. Dla dobra tałatajstwa. Cyrku. Świata. Geniusz doskwiera przez to, że niesie zobowiązania.
I jakoś tak się porobiło, że Mariolka z Jurkiem miała kosę, Renatka utopiłaby Michasia w łyżce wody (dla wyższych celów, rzecz jasna), a cały cyrk zaczął kipieć od kłótni, posądzeń, zawiści i wszechobecnej podejrzliwości.

A namiot przechylał się coraz bardziej. A na paszę brakowało coraz więcej, bo związki zawodowe kosztują, nawet te jednoosobowe, a nikt dyrektora nie poprze bez motywacji, choćby nawet był i genialny, skoro jest jednocześnie odstręczający i w kontaktach codziennych po prostu głupi.
I tak się jakoś porobiło, że cyrk, żyła złota dla ludzi pragnących wolności, stał się obskurną, biedną budą zniewolonych wyrobników. Dokładnie tym, czym było wszystko poza nim. Tylko bardziej. A nad wszystkim unosił się pełen wyższości syczący wykład Bogdana Szyłłejko. I jeszcze gorzej się porobiło. Przyszli ludzie „z miasta” i z kobiety gumy zrobili prostytutkę, a z głupiego Michasia trupa.

**

Nic jednakowoż nie trwa wiecznie, żaden raj na Ziemi, czy ten wymyślony przez Marksa, czy ten wymyślony przez dyrektora cyrku Bogdana Szyłłejko. W końcu zabrakło pieniędzy, namiot nie chciał już stać, a traktor został sprzedany, dla dobra cyrku i jego przyszłych osiągnięć, rzecz jasna. Z Centralnej Zjednoczonej Centrali Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych przysłano nowego dyrektora. A ten wszedł do budy Szyłłejki i zdębiał.
Nie było tam nic. Ani forsy za paszę dla wielbłądów, które padły, ani walut, ani złota, ani nawet zajebanych cichcem produktów spożywczych. Nic. Okazało się, że klaun Pepe doprowadził cyrk dla ruiny wyłącznie po to, aby zachować władzę.
Wszystko to przekazuję wam jako słuchacz stryjowych opowieści. Pamięć z racji wieku może mnie już zawodzić, nawet nie mam ambicji sprostać swadzie i barwności opowiadań tego tubalnego wujaszka, ale i tak mam nadzieję, że choć musnęliście bezmiar idiotyzmu, jaki krył się za tym tragicznym nieporozumieniem, aby z chorego na władzę klauna zrobić dyrektora.
Aliści nie to było zwieńczeniem stryjaszkowej historii. Nie po to nam ją opowiadał, jak to teraz wyraźnie widzę po latach. Nie po to strzępił sobie jęzor, żeby nas straszyć Szyłłejką – choć straszył. Całą historię drobiazgowo wyłuszczał dla jednego celu: aby nam, nieopierzonym szczawiom, przedstawić swoje nieprzemijające zdumienie, które przewyższyło wszystkie jego przyszłe przygody: prostytutkę w Hondurasie, która okazała się być facetem, mąkę w Salwadorze, która okazała się być kokainą i sympatycznego oficera Kolę we Władywostoku, który okazał się być kotwicą.

Otóż stryjo nijak nie mógł się nadziwić, ani nijak nie mógł zrozumieć komisji przysłanej  do posprzątania tego płonącego burdelu, który klaun Pepe zrobił z szacownego i prosperującego cyrku. Szanowna komisja miała tytuły, możliwości prawne, poparcie władz partyjnych, wojewódzkich i rządowych, miała paluszki i wodę sodową, długi stół i paprotki na nim. Obradowała pół roku, niosąc nadzieję na nowy cyrk, z całkiem nowym, świetnie zarządzanym namiotem, z nowym lwem, mniej śliskim trapezem, czystym piaskiem i piękną, lśniącą chorągiewką w roli dyrektora. A przede wszystkim nadzieję na to, że tacy ludzie jak Bogdan Szyłłejko już nigdy nie zrobią cyrkowcom z życia koszmaru, a z cyrku kompletnego cyrku. Komisja pracowała, obradowała i pochylała się. W końcowym raporcie stwierdziła, że dyrektor Szyłłejko niewłaściwie dbał o smarowanie kół w wozach cyrkowych.

I TO było, zdaje się, powodem, że stryjaszek wracał do tej opowieści z godną podziwu obsesją.

„Wiecie” – kończył pompatycznie te peregrynacje po swojej młodości – „może nie powinienem tego tak ujmować, bo wasza matka mnie zabije. Ale jednego wtedy się nauczyłem, brzdące. Wszystko to chu…

 

Oceń artykuł

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.