Dziś Mateusz Morawiecki wygłosił mowę zwaną zwykle expose premiera. Morawiecki premierem de facto nie jest i nie będzie. Przemawiając skupił się na tym, jak wspaniała była władza PiS przez osiem ostatnich lat. Przez kilka minut, gdy usiłował bez przekonania mówić o planach rządu, który zamierza poprowadzić, sprawiał wrażenie, że chce się pochwalić przeczytanymi książkami z gatunku science-fiction. Myślałem, że nic głupszego i bardziej żenującego nie usłyszę. Myliłem się. W ramach dyskusji wszedł bowiem na mównicę Jarosław Kaczyński. Stary człowiek i nie może znieść utraty władzy.
Wystąpienie Kaczyńskiego sprawiało przykre wrażenie bredni człowieka, który zupełnie nie radzi sobie z rzeczywistością. W powieści Stanisława Lema „Śledztwo”, napisanej w 1959 roku, jest opis włączającego się zaawansowanego komputera lampowego, który wypowiada drżąco rozmaite frazy, zanim się rozgrzeją lampy i będzie gotowy do pracy. Podobne wrażenie sprawiał Jarosław Kaczyński. Starczym głosem bredził coś niezrozumiale do momentu, gdy przeszedł do swego ulubionego tematu. Wtedy jego głos stał się krzykliwy i agresywny, choć nadal nie można było znaleźć sensu w jego wypowiedzi.
Kaczyński, który ostentacyjnie lekceważył marszałka sejmu, powtarzał kilkukrotnie komunały o potędze i niepodległości. To był popis ignorancji, żenady i arogancji. Dziś Kaczyński to stary człowiek i nie może zrozumieć tego, co się faktycznie stało w Polsce. Gdy personalnie skrytykowała go posłanka Koalicji Obywatelskiej Barbara Nowacka, miał minę jakby zdziwioną tym, że ktoś w ogóle ma czelność się sprzeciwić. Chwilę później Ryszard Terlecki pomógł mu wyjść z sali. Żałosny koniec autokraty nieszczęśliwego, zgorzkniałego i zdziwionego utratą władzy. On już nic nie może i niczego nie rozumie.

Eksplozja nienawiści, którą bluzną Kaczyński na koniec dnia jest z jednej strony porażająca i zdumiewająca, ale z drugiej jest konsekwencją wieloletniego odklejenia prezesa od rzeczywistości. Uwierzył w ordynarną propagandę, którą na jego polecenie od 8 lat sączyła rządowa telewizja. Okazał się głupim i zacietrzewionym staruchem, który okłamywany przez współpracowników do końca prawie wierzył we własną wygraną.