Dochodzą do mnie jakieś niepokojące wieści. Jakoby wszystko było na nic, nic się udać nie może, zryw narodowy jak zawsze skończy się oszustwem i zgagą, a całe pospolite ruszenie jak zwykle było bezcelowe i było wystawieniem dupy na dalsze rózgi, bo wicie, panie, óne wszystkie takie same oszukańcy.
Przychodzi stary polski kac po euforii: eee, po co było się tak szarpać, na co było się tak napinać, skoro nic się nie zmieniło? Jak trzeba było do roboty wstawać, tak trzeba nadal, jak trzeba było rachunki płacić, tak nadal się płaci, eee, panie, czy to warto się było awanturować? Może i ten Kaczyński nie był aż taki zły, ten Tusk też wszak nie za dobry, nie rozlicza się draństwa, nowe draństwo pewnie przyjdzie w miejsce starego, eee, szkoda było napinki.
Poznajecie? Co starsi pewnie poznają:)
Może ja jestem jednak za duży optymista, ale pamiętam akuratnie, jak to bywało w osiemnastym wie… a nie, sorki, w 1989. Też była powszechna gorączka, ludziska skakali jak wszy po grzebieniu, co bardziej krewkie Janusze rychtowały latarnie, coby na nich zamiast liści…
Pamiętam jak Mazowiecki mówił o grubej kresce. Rzecz jasna już wtedy działały te same stadne instynkty, co dziś – bo zawsze działały – i przed epoką Internetu przyprawili Mazowieckiemu gębę, że komunistów rozliczać nie chce. A on powiedział zgoła co innego, niźli się sądzi, ale kto by tam wchodził w szczegóły, prawda? Sprawdźcie, co naprawdę powiedział, to nawet zabawne, jak większość historii to zupełnie przekręcone zdarzenia, wykoślawione wedle ludzkich życzeń. Ale to przecież także nic nowego i jest pewnie tak stare, jak sama ludzkość.
Cóż widzę teraz? Widzę, jak w starym, dobrym, sprawdzonym przepisie komedia zmienia się w farsę. Mógł być dramat – jest tragikomedia. Mawia się, że historia odtwarza się w parodii. Właśnie to widzimy. Kaczy reżim okazał się być jednak diabłem malowanym na desce: nie żeby naszemu kaczemu dyktatorkowi brakowało wyobraźni – o, co to, to nie, uwierzcie, gdyby mógł, to on by już nas urządził, iże Orban z Łukaszenką z ręki by mu jedli… Ale cóż, tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Po pierwsze hamowała go znienawidzona UE. Po drugie: tak długo truł, intrygował, kombinował, aż w myśl starej prylowskiej zasady zostały mu tylko płaskie miernoty. W myśl zasady BMW: bierne, mierne, ale wierne. Tyle, że pierwszy człon zawiódł: nie bardzo chcieli być bierni, bo miernoty wyniesione na Olimp wszechwładną ręką swego kaczego stwórcy uwierzyły, że to one same wielkie, że ludzie w pas się kłaniają dla ich przemyślności, cnoty, mądrości… Bo chyba miernotom by się nie kłaniali, prawda? Zatem bogowie Olimpu kradli tak, że echo poniesie się przez tysiąclecia jak od Dzwonu Zygmunta, bo któż by śmiał rozliczać bogów, sól ziemi, śmietankę elit? I rzeczywiście, w tej chłopskiej zapobiegliwości nowobogackich nuworyszy jakoś tam okazali się utalentowani jednak, peerelowska zasada BMW nabrała nowego kapitalistycznego blasku.
Nasz kaczy wódz, jako kształcony doktor marksizmu pod skrzydłami promotora Ehrlicha doskonale opanował rozróżnienie między „bazą” a „nadbudową” i świetnie przyswoił sobie prymat ideologii nad życiem, tudzież pogardę dla jednostki. I to był ten ideologiczny błąd homo sovieticusa, który przedstawia ideę nad ludzką mentalność: wszystko zaplanował do najdrobniejszego szczegółu, a zgubiło go rozpasanie własnych marionetek.
Psychopata jednak nie rozumie ludzi i ich potrzeb. Dał okazję kraść patriotycznie, to kradli patriotycznie. Szturmem. Patriotycznym.
No cóż. Szacunki są różne. Rozpinają się między dziesięcioma a stu MILIARDAMI ukradzionych środków publicznych. Ładnie, prawda? Co tam komuna, im kazali towarzysze radzieccy, a to kurestwo spowodował jeden wytrwały intrygant, który jedyne udane szczytowania miał w tym, żeby cały świat całował go w pierścień…
No i fajnie. No i wnioski zapalczywym narzucają się same. Znaleźć królową matkę, odizolować gniazdo i … (a, nie będę rozwijał dłużej metafor, bo przecie sekciarze biorą wszystko dosłownie i stwierdzą, że namawiam do przemocy – dyskusja z prymitywami może być tylko dosłowna i ani może być w głowie komu rzucić espritem o „dorzynaniu watahy”, bo oczywisty Witz w umyśle sekciarza staje się groźbą karalną – tępota jest zawsze śmiertelnie poważna)
Nic bardziej błędnego. Izolowanie gniazda zarazy nic nie da, bo zakażona jadem jest jedna trzecia narodu i jest na to dalece za późno. Mafia przeżarła nie tylko administrację państwową i spółki skarbu państwa, ale także niestety umysły setek tysięcy ludzi.Tu trzeba wytrwałości, taktu, ostrożności. Odpowiedzialności.
Polska demokracja cierpiała zbyt długo na przeszczepy afrykańskich mutacji. Jak kania dżdżu potrzebuje starego, europejskiego legalizmu. Tych bezczelnych mafiosów trzeba skatalogować, znaleźć dowody niepodlegające żadnym wątpliwościom i zaprowadzić przed niezależny sąd. Ja wiem, to trwa. Ja wiem, będą potknięcia, jak z Romanowskim i jego immunitetem. I właśnie dlatego nie wolno dać tym przestępcom ani skrawka wątpliwości co do złapania i osądzenia: wszystko musi być lege artis, żadnej drogi na skróty. I to musi potrwać, kochani.
Ja wiem, pewnie macie mnie za naiwniaka, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że zawsze będą sofistycznie wrzeszczeć o „reżimie Tuska”, „zniewolonych sądach”, „ubeckich prawach”. I właśnie nie dlatego, A OBOK TEGO, trzeba robić wszystko lege artis. Ponieważ, wbrew założeniom Jarosława Kaczyńskiego i jego herolda Kurskiego, ciemny lud jednak jest w mniejszości, a o większość walczy się sprawiedliwością, państwowotwórczością i odpowiedzialnością.
Zapytacie zatem, skąd sadyzm z tytułu niniejszego felietoniku?
Zbieg okoliczności. Tusk stał się zbawcą Polski na skutek szaleństwa Jarosława Mniejszego, który takowym zbawcą niemiłosiernie chciał zostać. Ot, paradoks. Ale bynajmniej nie przysłania mi to dość oczywistego faktu, że Tusk, jako wytrawny polityk, jest dość wyrachowany. Nie mniej biegły w intrygach od Jarkacza. Nie mniej w swym zawodzie bezwzględny.
Tyle że o jakieś trzy rządki wielkości bardziej inteligentny.
I w tej zimnej inteligencji upatruję szansy dla polskiej demokracji.
Nie zrozumcie mnie źle: gdyby przez kilka lat dzień w dzień w mediach publicznych robili ze mnie publicznie Niemca, szatana, Targowicę i całe zło świata tego, to pewnie także chciałbym utopić pisią nieprawą sektę w gnoju, który sama sprokurowała. Różnica jest taka, że ja jestem zapalczywym szaraczkiem, a Tusk najwyraźniej wytrawnym politykiem. I w pewnych kwestiach nie mniejszym intrygantem od Kaczyńskiego.
I gotuje Kaczyńskiego powoli. Tak, żeby jak najbardziej bolało. Żeby mu się mafia z nerwów sypała. Żeby obrodziło w świadków koronnych. Z wolna. Zwiększając społeczne napięcie.
Możecie krzyczeć o przyspieszenie, o rozliczenie, o cios. Nic nie wskóracie.
Bo tu się zbiegły dwie potężne siły i obie w jednym celu: legalizm, i zemsta która dzięki niemu przebiegnie na zimno.
Wprost SADYSTYCZNIE.
To nie jest bezsilność obecnych rządów. To jest tortura dla wcześniejszych.
Obym się nie mylił…
Bo mogę się też niestety mylić. I jeśli się mylę, to scenariusz, w którym Tusk i jego koalicjanci okazują się być niekompetentnymi mamejami, które faktycznie nie potrafią rozliczyć niewątpliwie mafijnej przeszłości PiS i przyległości, nie byłby wcale najgorszy. O nie.
Przez wiele lat w rozmowach z wielbicielami PiS podnosiłem do znudzenia i obrzydzenia jedną istotną kwestię: nie pisie złodziejstwo było najgorsze, nie zburzenie naszych stosunków międzynarodowych, nawet nie szachermachery prawne i niszczenie instytucji. Najgorsze było naszczucie na siebie dwóch części narodu, spolaryzowanie nas i zideologizowanie sporu do kości, oraz zniszczenie zaufania obywateli do państwa, prawa i administracji. Przez te kilka ostatnich lat nie mogłem się nadziwić brakowi instynktu samozachowawczego u pisich i solidurnych notabli: przecież na zdrowy rozum, kiedy łamali prawo w tak bezczelny sposób, kiedy za nic mieli przyzwoitość, kiedy z kłamstwa zrobili podstawowy styl komunikacji, ze szczucia podstawowy styl uprawiania polityki, a z niszczenia instytucji podstawową metodę działania – kręcili baty na własne dupska. Przecież od zawsze wiadomo, że łatwiej jest zepsuć niż naprawić. Że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Że nie da się rządzić wiecznie. Że pycha kroczy przed upadkiem. I tak dalej, i tym podobnie. A cała ta banda miernot odsiana przez Kaczyńskiego w pazerną i pozbawioną skrupułów koterię zdawała się tego nie dostrzegać!
Powtarzałem więc: ktokolwiek będzie po kaczej rewolucji rządził, będzie miał OLBRZYMIĄ POKUSĘ, żeby z narzędzi wynalezionych przez tę rewolucję korzystać. Bo czemu nie? Czemu jeszcze na troszkę nie zostawić sobie przychylnej telewizji publicznej? Czemu nie porządzić ustawami, jak pisi mieli w zwyczaju? Czemu nie wsadzać ludzi do aresztów wydobywczych, czemu nie obsadzać życzliwych władzy prokuratorów na wysokich stanowiskach i czemu nie chcieć majstrować przy spółkach skarbu państwa? TO jest największe zagrożenie, TO jest najbardziej zatrute wiano kaczych rządów, TO jest największa pułapka zastawiona na następców i najbardziej zabójcza trucizna, którą Jarosław Kaczyński przesączył Polskę. Bo jego już nie będzie, Tuska już nie będzie, większości obecnej klasy politycznej też nie – a ta pokusa i zniszczone zaufanie do państwa nadal mogą trwać.
I taki scenariusz jest moim zdaniem najgorszy. Kolejna ekipa, której znów „patriotyczny” cel będzie usprawiedliwiał nieprawe środki. Na dobrą sprawę, żeby tak się nie stało, Tusk i reszta jego politycznego zaplecza musieliby być naprawdę wykuci z dobrego metalu. A ja mogę sobie w to wierzyć, ale pewności nie ma.
A już na pewno nie mogą robić niczego na skróty, sądzić bez sądów, wpędzać ludzi w jeszcze większą histerię, bardziej ich polaryzować i spełniać choćby jak najbardziej usprawiedliwione żądania społeczne łamiąc prawo. Bo jeśli będą tak robić, jeśli będą zwalczać pisią mafię jej narzędziami… czym będą się od niej różnić?
Dlatego ja nie drepczę w miejscu nerwowo z niecierpliwości, kiedy będą wsadzać. Ja chcę, żeby wsadzali zgodnie z prawem, z niepodważalnymi dowodami i z wyrokami niezależnych sądów. A to musi trwać. Albo wygra Kaczyński nawet nie wracając do władzy.
Rozumiecie?

