Ostatnie lata były zaskakujące w amerykańskiej polityce, a przede wszystkim w amerykańskich wyborach. Przede wszystkim niespodziewanie dla konserwatystów wybory prezydenckie wygrał Barrack Obama i to dwukrotnie. Zostało przełamane ogromne tabu Ameryki. Prezydentem został człowiek czarnoskóry. Większości komentatorów politycznych na świecie wydawało się wówczas, że to będzie niemożliwe przez kolejne jeszcze może i sto lat. A jednak stało się. Pierwszy człowiek, który nie wywodził się z białej rasy, został prezydentem USA. Gdy jednak później Hillary Clinton przegrała z mizoginem, homofobem i notorycznym kłamcą Donaldem Trumpem, mówiono, że Stany zjednoczone nie są gotowe na kobietę. Dziś ponownie komentatorzy zastanawiają się – gdyby Harris była mężczyzną – czy wynik tegorocznych wyborów byłby inny?
Analizy polityczne wskazują, że to możliwe. Zaledwie nieco ponad połowa kobiet głosowała na Kamalę Harris. Kobiety z niższej klasy często głosowały tak, jak ich mężowie. Na Trumpa. Choć oczywiste wydaje się, że będzie tym prezydentem, który przyczyni się do dalszego ograniczania praw kobiet. Gilead jest coraz bliżej. Wyborcy głosowali na Trumpa, choć nie mieli złudzeń, że jest patologicznym kłamcą, że jest osobowością narcystyczną i władza jest jego najważniejszym celem. Jest też ekstremalnym mizoginem. Gdyby Harris była mężczyzną, mogłaby wygrać. Ameryka kilkanaście lat temu była gotowa na czarnoskórego prezydenta, ale dziś nie wybrała kobiety.
Amerykanie zapewne boleśnie przekonają się, że Trump niczego w Ameryce nie naprawi. On w ogóle kiepsko nadaje się do naprawiania. Za to popsuć może wiele. Czy mu się to uda? Nie wiadomo. Wiele zależy od tego, czy w łonie Republikanów znajdą się ludzie, którzy będą mieli odwagę walczyć o amerykańską demokrację. Dla świata Trump jako prezydent też może być groźny. Z wielu powodów, których analiza tutaj wykracza poza ten felieton.
