Debata w Końskich

Pamiętam z lat dzieciństwa polską politykę, która szemrała sobie cicho z telewizora. I owszem, miała w sobie wiele napięć, które rozumieli doświadczeni dorośli, ale były to napięcia podskórne, drugoobiegowe można powiedzieć, rozłożone na lata i dekady mijające między „odwilżami” i „przełomami”, ukryte za oficjalną fasadą przepotwornej, tumaniącej i odbierającej wszelką inicjatywę i wigor nudy. Zastanawiałem się, kto nałożył na mojego ojca obowiązek takich tortur, takiego samoudręczania się: wchodził na mównicę jakiś typ o niepociągającej, ramolowatej aparycji i narudził, stękał, klepał rytualne formułki. Po nim wchodził następny, równie bezbarwny i przaśny i tak bez końca. No, flaki z olejem. Paraliżujące wolę i chęć do życia.
A mój ojciec oglądał to i się wściekał. Niepojęte!
Zatem, mimo podskórnych napięć i tętniącej podziemnie społecznej nienawiści, cały naród był wpędzany w obezwładniający stupor plenów, narad, zebrań, na których z równym pożytkiem można by używać aramejskiego albo tybetańskich inkantacji. Iluż to ludzi przez te czterdzieści bez mała lat, zmożonych tą potężną nudą, zamulającą mózgi jak bagienny szlam musiało się modlić: „Boże, niechże to się wreszcie skończy!”
No i się skończyło. A dalej potoczyło się już pięknie, jak w bajce z nadchodzącym groźnie morałem: oto Bóg wysłuchał modlitw tak sumiennie i dokumentnie, że pozwolił Polakom przeistoczyć się w to, co lubią najbardziej – czyli w drugą skrajność: krańcowy cyrk, tromtadracje, dramaty rodem z wesołego miasteczka, domy strachów, niekończące się zastępy klaunów z trąbkami i sztandarami, msze, capstrzyki, feretrony, demonstracje, inscenizacje, fajerwerki!
Są na świecie kraje, gdzie polityka, jako sprawa praktyczna, zawsze jest dość nudnawa. Ot, typowe zarządzanie i administracja, co jakiś czas wybór bardziej prawicowej albo lewicowej opcji, czym tu się podniecać? Przed nastaniem Internetu i epoki populistycznego oszołomstwa tak właśnie było: w liberalnych demokracjach i zamordyzmach, choć z różnych powodów. Polityka była robiona przez profesjonalistów i tyle.
Dziś jest zupełnie inaczej: epoka cyfrowych mediów tak rozhuśtała emocje, że wróciliśmy do politycznych praktyk i populizmów sprzed stu lat. Ale przecie i tu Polacy muszą być wyjątkowi: my to uwielbiamy. Nawet nie mamy już ochoty udawać złudzenia, że chcielibyśmy zimnych technokratów i fachowców u władzy: nie, my nade wszystko pragniemy emocji, patrzymy na los kraju i narodu oraz na ich przyszłość jak na jakiś serial albo walkę w kisielu! Co i raz widzę komentarze, że ktoś „kupuje sobie popcorn”, żeby to obserwować. I to już dawno przestało być żartem.
Wielce „patryjotyczna” złodziejska i ciemnogrodzka ekipa kaczej rewolucji oczywiście wyśrubowała to do niewidzianych wcześniej poziomów: ciągła histeria, emocjonalny szantaż, pajacowanie największymi kwantyfikatorami uczyniły z polskiej polityki cyrk, jakiego bodaj jeszcze nie było.
Debata prezydencka, z której ludzie dowiedzieliby się takich rudymentów jak to, jakie w ogóle uprawnienia ma prezydent, jaki program, jakie ma wykształcenie i kompetencje, co sądzi o kwestiach międzynarodowych, prawnych i światopoglądowych? Zapomnijcie. Nie tego chce publiczność. Publiczność chce debaty w Końskich.
Od dwóch tygodni podchody, kto jest tchórzem, a kto nie. A czy telewizja „reżimowa”, czy taka, której „dziennikarze” opluwają na wiecach kandydata.
W końcu do jakiegoś tam kulejącego kompromisu dochodzi: dwóch kandydatów z czoła stawki ma się spotkać na debatę.
Na to kandydat z pięcioprocentowym poparciem dochodzi do wniosku, że tak, to nie będzie, o nie. Musi powalczyć o choć dziewięć, żeby dłużej pobyć w parlamencie, a że jest byłym showmanem wie, że takiej okazji do cyrku zaprzepaścić nie może. I rzecz jasna jedzie do tych jarmarcznych Końskich, a za nim, jak należało się spodziewać, także i większość planktonu startującego w tych wyborach, na swoim przystanku w drodze z Syriusza. Tak oto, wielce zatroskany skłóceniem Polaków Szymuś oraz reszta nieszczęśników z dołu stawki zrobiła z możliwej poważnej debaty między poprzednim reżimem a próbą wydobycia się z niego Polaków parodię teleturnieju „Jeden z dziesięciu”. Z całym tym entourage, jaki już znamy: stawianiem chorągiewek, bełkocącymi rzewne idiotyzmy wąsatymi dziadkami ze śladowym poparciem nawet u elektoratu pizdniętego meteorem w dekiel, ze skrzeczącą Senyszyn mianującą się matką narodu i Stanowskim takim szerszym od koszuli, że jako zawodowy narzekacz na zepsucie polskiej polityki aktywnie psuje ją jeszcze bardziej dla swoich medialnych interesików.
Zasłużyliśmy sobie na to? Chyba tak. Bóg wysłuchał modłów, skończyły się nudne czasy, a my, jako naród, przez osiem lat daliśmy sobą rządzić hochsztaplerom, oszustom, złodziejom i cynikom. To teraz mamy tego skutki: trzeba było przekonywać zagubioną i głupszą część narodu do rozsądku, bo teraz zbieramy owoce tego, że tymi ludźmi dla własnych interesów zajęli się najgorsi psychopaci, cynicy i intryganci.
Mamy cyrk na własne życzenie.
I może nawet byłoby to zabawne, boć daleko przecież lepsze od peerelowskiej nudy tępych aparatczyków. Może.
GDYBY NIE WOJNA U BRAM.

Oceń artykuł

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.

1 Komentarz

  1. Sądząc po największym światowym imperium, to Polska nie odstaje od standardu światowego w wyborach. Zatem możemy ponarzekać, że kiedyś to były czasy, a teraz nie ma czasów. Możemy też spróbować ogarnąć to jakoś.

Komentowanie jest wyłączone.