Zwyciężyliśmy. Wiktoria! Nareszcie święto rozumu i koniec rządów ciemnoty. Nareszcie rozsądek doszedł do głosu i pokazał obskurantyzmowi, głupocie i nikczemności, gdzie ich miejsce. Nareszcie, w końcu, at last, endlich, co tak późno, co tak w ostatniej chwili?! Ale Bogu dzięki, stało się, a teraz już będzie pięknie, już będzie normalnie, z godnością i przynajmniej nie z obrażaniem inteligencji pani sklepowej. Już nie trzeba śpiewać: „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”, już nie trzeba znosić gąb ponurych ciemniaków, którzy postanowili nas edukować, zbawiać i uszczęśliwiać pałą i protekcjonalizmem zadufanego w sobie durnia, co to pozjadał wszystkie chłopskie rozumy, ale poszło mu raczej w dupę, a nie w mózg.
Nareszcie jest normalnie i zmierzamy prostą drogą do szczęśliwego zakończenia tej coraz bardziej ambarasującej wpadki z kaczym projektem.
No i bardzo fajnie i super, tylko że niestety nie.
Toutes proportions gardées obecna sytuacja przypomina nieco tę z 1989 roku. Słuszna euforia po wyzwoleniu się z opresji ciemniactwa i duszącej zmory zimnego, tępego zła przesłania nam niestety kłopoty, które są nieodłącznie związane z długoletnią deprawacją rządów, państwa, instytucji i obywateli. To nie rozwiąże się samo, nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nie zniknie, jak mara i sen koszmarny. Tak, prawda, jestem przekonany, że kaczy projekt w samej swojej istocie był skazany na klęskę, tak jak w pewnej perspektywie skazany na klęskę jest zamordyzm Orbana, reżim Łukaszenki, czy piekło rządów Putina. Ale skutki, z którymi po upadku takich autorytarnych projektów trzeba się mierzyć, sięgają dużo dalej niż sięgało ich panowanie. Mówiąc obrazowo, sączona w organizm trucizna, całymi latami, stale, bez ustanku, jest powodem przewlekłych chorób, które zabijają organizm długo po zaprzestaniu jej podawania. Grozi nam więc to, co pojawiło się wśród ludzi starszego i średniego pokolenia po 89 roku: Polska nie zmieniła się z dnia na dzień w krainę mlekiem i miodem płynącą, zbrodnia i serwilizm nie zostały dostatecznie ukarane, wytrwałość i cnota dostatecznie nagrodzone; nadal opłacało się być cynikiem i łachudrą, a mniej człowiekiem porządnym i uczciwym – bo to jest bardziej związane z naturą samego człowieka, niż z systemem w którym żyje (choć, przyznajmy, łatwiej być człowiekiem porządnym w porządnym państwie, a reżimy przepełnione są kanaliami bez czci i sumienia).
Krótko mówiąc, nie wrócimy do normalnego państwa sprzed ośmiu lat bez bardzo dużego wysiłku całego społeczeństwa. I to nie jest tak, że trucizna sączyła się tylko w pisowski beton: co to, to nie, fajnie by było, ale to niestety nieprawda. Możemy być święcie przekonani, że jesteśmy na jakąś zarazę odporni, po czym ku własnemu zdziwieniu lądujemy w łóżku wstrząsani siódmymi potami. W latach osiemdziesiątych mimo młodocianego wieku wiedziałem, że Polska jest jak rzodkiewka: z zewnątrz czerwona, w środku biała. I że w Polsce de facto nie ma komunistów, tylko karierowicze. Stąd przestrogi księdza Tischnera o tym, że w każdym z nas tkwi po trosze homo sovieticus miałem za zblazowane ględzenie nierealistycznego intelektualisty. O, jakże się myliłem! Ile ja się w tych latach nasłuchałem mądrości typu: „za komuny było lepiej”, albo: „wszystkie żołądki są równe”, albo: „jacy byli, tacy byli, ale przynajmniej człowieka szanowali”, albo: „może i było biednie, ale przynajmniej mieszkania dawali”.
Ludzi osaczył strach przed wolnością, przed szczęściem na własny rachunek, przed perspektywami, przed odpowiedzialnością i niepewnością mieniących się szans. Okazało się, że wielu wolało pewność stałej beznadziei…
Teraz jest podobnie. Trucizna sączona była metodycznie, dawkowana planowo, nieustannie, zabójczo. Sądzicie, że jesteście od niej wolni? Bo ja, co do siebie, wcale nie jestem taki tego pewien. Wystarczy, że poczytam swoje teksty: widzę hipokryzję i nędzę kaczego projektu w próbie przedstawienia siebie, jako zbawienia narodu, jedynej ścieżki patriotyzmu i bezalternatywnej drogi cnoty, podczas kiedy to projekt mieszczący w sobie czyste zło, obracający pojęcia i wartości w ich odwrotności i wybijający na plan pierwszy najgorsze cechy charakterów (nota bene jak wszelkie zamordystyczne przedsięwzięcia typu komunizm, faszyzm, czy Nowe Państwo Salazara). Widzę tę moralną nędzę i zapragnąłem ją pokazać, bo jest przerażająca. I jak to robię? Ano dość nienawistnie, bez dystansu, przyjmując narrację i całe perspektywy kaczyzmu, łącznie z narzuconymi przez to ciemniactwo metodami dyskursu i terminologią. Trucizna sączyła się i we mnie. Teraz jestem przykładem na ten słynny bon mot z internetów: nie wdawaj się w dyskusję z idiotą, bo rychło sprowadzi cię do swojego poziomu…
Ci ludzie sączą nam w mózgi od lat rzeczy straszne: że serwilizm się opłaca, że głupota jest przed mądrością, że cel uświęca środki, że wiara jest przed rozumem, aksjomat przed rozsądkiem, a kłamstwo profituje. TO jest najgorszy posiew kaczyzmu, TO nas wszystkich zatruło, TO nam najbardziej zagraża – nie tylko instytucjom państwowym, ale zwyczajnie nam, jako ludziom, naszym związkom, interakcjom, całemu społeczeństwu.
Przez te wszystkie lata często pisałem na różnych forach, że pisia sekta jest pozbawiona instynktu samozachowawczego: łamiąc prawo, obyczaje, dobry smak i uzus tak naprawdę kręci bat na własne dupsko. Ponieważ jest dość trywialną obserwacją, że łatwiej jest coś zepsuć, niż naprawić. To, że kacze pionki nie miały dość wyobraźni, aby nie ogarnąć, że ich szef nie będzie rządził wiecznie, już jest dla mnie trudne do zrozumienia – choć kiedy wiem, że to tzw. konserwatyści i ludzie osadzeni WCdziewiętnastowiecznym systemie myślenia przeflancowanym nam cichcem przez pogrobowców Dmowskiego, Piaseckiego, Gomułki, Moczara i Poręby, jakoś mi to zdziwienie łagodzi: nie powinienem się po nich spodziewać wybujałej wyobraźni.
Ale że sam animator tej menażerii, nasz groźny gejowy Jarucha nie ogarnął tych Sułków i sam uwierzył w swoją boskość i nieprzemijalność – to mnie jednak zaskoczyło. Ja rozumiem, że był upojony tym, że ćwiercią narodu (a w najgorszych czasach niemal połową), kręcił jak sztukmistrz kukiełkami. Ale jak na psychopatę z taką cierpliwością (czterdzieści lat knucia!), z takim doświadczeniem politycznej intrygi, z taką przebiegłością – winien pamiętać, że fortuna zmienną jest. A tu tak się nie zabezpieczył…
Ale swój posiew zostawił. Bowiem jego sekta metodycznie i w pijanym widzie upojonych sukcesem wdarcia się do Sezamu złodziei kręciła bat nie tylko na własne dupska, ale i na nasze.
Bardzo lubię Donalda Tuska i wiem, że może to być odbierane w Polsce jako zboczenie. Nie będę się z tego tłumaczył, uzasadniał, kombinował. Powiem jedno: ja już wielu ludzi w życiu lubiłem, aby się przekonać, że dość bezzasadnie. Czy on będzie miał stalową wolę, aby nie korzystać z narzędzi, które w bezrozumnej pysze swojego wodza uwili mu pisi przestępcy? Wierzę, że tak. Bo go lubię. Ale jego podwładni? Szczebel niżej? Dwa szczeble? Trzy?
A już gołym okiem widać, że aby zastopować pisią anarchię, trzeba będzie iść na ostro. Ale jak ostro? Gdzie skończą się pokusy, a zaczną niecne działania? Gdzie znowu może się pojawić ta nieszczęsna fraza, że „cel uświęca środki”?
Jedyne, co daje mi nadzieję, to to, że pisia koalicja była zbudowana na wzór mafijny i w związku z tym jej upadek działa na obecnych rządzących trzeźwiąco. I że mozaika obecnej koalicji uniemożliwia ideologiczne jedynowładztwo jakiegoś małego zawistnika o nieustalonych seksualnych preferencjach, za to o ustalonych skłonnościach do psychopatii i traktowania ludzi jak awatary.
To tyle pesymizmu.
Teraz ta optymistyczna strona medalu. Z uśmiechniętym Cezarem:)
Ta energia ludzi stojących w kolejkach wyborczych do ostatniej minuty nigdy do końca nie wygaśnie. To, że Polacy okazali się znów rogatym narodem, którego nie ujarzmi byle pętaczyna z przerostem ego, to się ceni – ostatnio lubię Niemców, ale akurat tego nie da się o nich powiedzieć. To, że teraz znowu będziemy odbudowywać państwo, zaufanie do niego, społeczeństwo obywatelskie; to, że teraz znowu będziemy musieli stawiać moralność z głowy na nogi i ponownie zrozumieć, że liczy się miłość, a nie nienawiść – to może i dobrze.
Ponadto, jak napisał Goethe, „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”: mlaskająca nienawistnie kaczka stała nam się mimowolnie lekcją prawd, które tak mozolnie przekazują bajki i przysłowia: kto z kim przestaje, takim się staje; póty dzban wodę nosi, póki się nie urwie; wierzyć skurwysynowi, to jak wierzyć kurwie (to ostatnie moje, wybaczcie dosadność).
Albowiem – nie chcę być złym prorokiem, ale rzeczywistość skrzeczy – ze wschodu idzie coś daleko gorszego, niż polskie wady narodowe, wykorzystane przez cierpliwego intrygancika.
Nadchodzi pomór i zagłada nadziei całych pokoleń.Oby się okazało, że kaczyzm okazał się SZCZEPIONKĄ NA CHOROBĘ. I oby się okazało, że paroksyzmy odchodzącego reżimu, próbujące wprowadzić anarchię w kraju, który graniczy z frontem – przyspieszą tylko przygotowania do starcia cywilizacji.
Ukraińcy z przedwczesnego trafu stali się państwem Zachodu. Może i mają problemy z cywilizacją materialną, ale oporem przed postsowiecką dziczą przebojem wdarli się do państw cywilizacji łacińskiej.
Problem w tym, że my możemy być następni w pokazywaniu naszej przydatności dla gnuśnego Paryża czy Sewilli. Mamy niewiele czasu na ogarnięcie anarchii spowodowanej przez jednego rozkapryszonego psychopatę. Mamy jeszcze mniej czasu, żeby go tracić na powielanie jego rozwiązań i idee fixee. Powiecie, że może nie warto walczyć o Paryż? Wszak mamy własne zmartwienia. No cóż – o tyle warto, że jednocześnie walczymy o siebie. Co za udatna parabola: można ją sprowadzić na poziom trupów, albo muzeów…
**
Nie bądźmy homo cacismus, miejmy trochę cywilnej odwagi! Kiedy następnym razem jakiś ciemniak zacznie bredzić o „eurokołchozie”, o „zagrożeniu niemieckim”, o „lewactwie” i o „ideologii LGBT” powiedzmy mu wprost w twarz, że bredzi bredniami wysmażonymi przez zimnego dziada, który umyślił zrobić sobie swoje poletko z rządzenia prawie czterdziestoma milionami martwych dusz.
Bo jeśli tej odwagi nie będzie, to, kto wie – może następna okazja do rumakowania będzie już w okopie…
Czego nam wszystkim nie życzę.

