Niewiele się dzieje w naszym miasteczku,
Ze trzy są sklepiki i z pięć jest latarni,
Staruszek z laseczką na sennym ryneczku,
Siwy jak gołębie, które zawsze karmi.
Miejscowych, nie dziwota, powszechnie tu zna się,
Dyżurne pijaczyny pod szynkiem na warcie:
„Dzień dobry kierowniku!”, „Witam mecenasie!”,
Ponoć „Dino” za miesiąc wielkie ma otwarcie.
Ławka przy ratuszu starej lipy słucha,
Nuda, syta nad miarę, przysypia i rośnie;
Latem w zaułków drganiu brzęczy sobie mucha,
Zimą płatki śniegu szeleszczą rozgłośnie.
Co jakiś czas jednak miasteczko ożywa,
Śpieszą stateczni mieszczanie i dziatwa szalona,
Na miejscową miarę sensacja prawdziwa:
Albowiem, kochani, cyrk zajeżdża do nas.
Może nie jest od razu aż światowych lotów,
Ale ma, co trzeba, w tym tombaki złote,
Dla przetrwania nudy każdy u nas gotów
Wysupłać na to cudo odpowiednią kwotę.
Nawet gdy się wstydzą mecenas z rajcami,
To tylko odrobinkę – wszak wszystko dla ludzi!
Przecież można się wybrać z dziećmi lub wnukami,
Aby wizerunku nadto nie ubrudzić.
Przy cyrku jest buda, zdobna draperiami,
W fałszywe klejnoty oraz kręte stiuki;
W budzie siedzi lalkarz ze swymi lalkami
I odstawia gawiedzi niemożebne sztuki.
Nie miał ten teatr wzięcia, ruch przy nim niewielki,
Bo i sztuka kuglarza dość z gruntu parszywa:
Wolą ludzie wielbłąda, pokaz woltyżerki,
Zamiast głupie i brzydkie kukiełki podziwiać.
Coraz mniej i do tego z czasem brakowało,
Aby skład tam zrobiono wielbłądziej wyżerki.
Kukiełki miotał lalkarz i dla psa bywało,
Aż wpadł kiedyś na pomysł… by rzucać cukierki.
Cukierki, paciorki, perkaliki tanie,
Kupowane hurtem z pożyczonej kasy,
Co tam się walało, co było na stanie –
Tak ponury lalkarz był na poklask łasy.
Zrazu kilka osób, coraz więcej potem,
Tłumek huczał, gęstniał i ucha nadstawiał,
Coraz chętniej klaskał każdą podłą psotę,
Co tam się na scenie w tej budzie wyprawia.
Lalkarz poczuł wiatr w żagle, fałdów nie przysiadał,
Czynił do publiki bezwstydne awanse;
Skakał, pocił, wyginał, w przerwach nie dojadał,
Bo zwietrzył swoją wielką, historyczną szansę.
Talent wylazł z niego i sceniczne zwierzę,
Lecz z rysą, zadrą, zgrzytem i ciężkim polotem,
Bo coś takiego dziwnego skrywał w charakterze,
Że kochał zawiść, kłamstwo, zdradę i niecnotę.
Coraz zatem paskudniej pacynki się krzywią,
Coraz więcej perwersji w złotogłów ubranej;
Rzygają nienawiścią i przesądy żywią
Publice tym spektaklem ukontentowanej.
Nawet te najtkliwsze romansidła, dramy,
Kuglarz ze zdolnością jakoś tak przekręca,
Że zbóje grają rycerzy, a kokoty damy,
A nienawiść w nich pierwsza, dzika i zwierzęca.
Z kłamstwa prawda, natomiast złość idzie z miłości,
Z życzliwości wrogość, pozór z patriotyzmu,
Z durnoty mądrość, kradzież z uczciwości,
Potwarz i tępota zaś zamiast liryzmu.
Z początku to publiczność razi i szokuje,
Ale z każdym sezonem nasiąka tym jadem,
Perwersyjną przyjemność z widowiska czuje,
Gdy kukiełka drugiej jest oślizłym gadem.
Coś w miasteczku się zmienia, jak dniało – szarzeje,
Patrzą ludzie spod byka, węsząc zewsząd zdradę,
Szybko między nimi parszywie się dzieje,
Jest najgorszym wrogiem, kto był ci sąsiadem.
Śledzą jak urzeczeni na pacynkach rogi,
Które lalkarz przemyślnie w aureolki skręca;
Jego grymas pogardy i chichot złowrogi,
Skryty za lalkami widzów nie zniechęca.
Co światlejsi w miastku zdają się dostrzegać,
Że ludzie już nad sobą wcale nie panują,
Lecz publika prosta na kukiełki biega,
Wraz z ruchami lalkarza bezwiednie tańcując.
W końcu taka wrogość powszechnie nastała,
(Wszystko ma coś z lalkarzem i wszystko dla niego),
Krom złodziejstwa i złości nic dobrze nie działa,
Mieścina jest areną cyrku podstępnego.
Ten i ów się łudził, że wyżej coś wskóra,
Do dyrektora cyrku delegacja rusza;
Lecz w kieszeni lalkarza dyrektora skóra,
Cyrkowców złe sekrety, a księgowej dusza.
Oto stało się jasne to, w co nikt nie wierzył:
Włożyli pyski w kaganiec, choć nikt ich nie zmuszał:
Miejscowość do zdolnego złoczyńcy należy,
Cyrkiem lalkarz rządzi i lalkarz porusza.
Gdy rozeszła się groza, że cyrk nie wyjedzie,
Nad milczeniem widzów z resztkami rozsądku,
Wciąż niosło się klaskanie tych, co lalkarz wiedzie
Wprost do zatracenia w piekielnym obrządku.
Ta historia być może źle by się skończyła,
Wszak w miasteczkach innych tak się już zdarzało,
Gdyby szala przypadkiem się nie przechyliła,
Iż się komuś z widowni jeszcze wrzasnąć dało.
Palcami więc wskazują na twarz wykrzywioną
Z mściwej satysfakcji i już bez zasłony.
Głos jeden. Kilka… setki siłą rozbudzoną
Ze snu potwornego: „Ten człek jest szalony!!!”
Być może chwila ostatnia, krok od katastrofy,
Pogonił tłum kuglarza za granice miasta,
Choć nadal kuszą wielu sztuk lalkarza strofy,
Bo złamana ufność powoli się zrasta.
**
Aliści to nie koniec, nigdy dość jest złości,
Buda w lasku opodal z odjazdem wciąż zwleka,
Obłażąca pozłotą całej swej podłości,
Na okazję do wjazdu na nasz rynek czeka.
Lalki tęsknią szalenie do swych złotych szmatek,
Do czasów, gdy od rajców sznurki ich znaczniejsze;
Chcą wydostać się z koszów wiklinowych klatek,
A rysy wstrętniejsze, pustsze, zachłanniejsze.
Śni lalkarz o władzy, nie wierzy w jej koniec,
Kleci nowe dramaty kłem jadowitości,
W duszy coraz czarniej ogień zemsty płonie,
Wierzcie, on ma sporo jeszcze cierpliwości…

