Nie jest rzeczą zbyt przyjemną zauważyć zmianę trendów rządzących całymi społecznościami. Bo to oznacza, że człowiek robi się starym prykiem, a taka konstatacja nigdy do szczególnie miłych nie należy. Procesy zmieniające nastawienie grup społecznych, społeczeństw czy zgoła całych narodów, to procesy dla jednostki rozwleczone w czasie, skoro się je więc wyraźnie widzi, to chyba już czas przyzwyczajać się do piasku. A jeśli widzi się zmianę światopoglądową całej ludzkości, to nie tylko jest się już dość leciwym, ale w dodatku ma się pecha żyć w zwariowanych czasach, które proces „przebiegunowywania” ludzkich móżdżków en masse znacznie przyśpieszają.
Urodziłem się w świecie, który był podzielony na dwa wrogie imperia, niczym w Gwiezdnych Wojnach, nauka i technika w stosunku do swych dzisiejszych odpowiedników były dużo bardziej prymitywne, a nad ludzkością wisiała stała groźba konfrontacji dwóch bloków ideologicznych. Mimo to dominował optymizm dotyczący przyszłości, ludzie patrzyli przed siebie odważniej, skala rozbieżności ocen i rozumienia świata była znacznie krótsza, zaufanie do nauki wyższe, wachlarz światopoglądowy szerszy, a mimo to nawet w swoich najdalszych wychyleniach nie pozbawiony choć szczypty rozsądku. Mówiąc kolokwialnie: nikt nie wierzył w płaską Ziemię, a nawet jeśli, w życiu by się do takiej aberracji umysłowej nie przyznał. Ze wstydu. Ponieważ istniały dość silne autorytety. Moralne, naukowe, historyczne, religijne i inne. Fantastyka naukowa stawiała na podbój Kosmosu, nowe stany świadomości, rozwój; literatura na podkreślanie, że dzikie paroksyzmy ludobójstwa XX wieku, to był jakiś niezrozumiały błąd i atawizm w drodze do świetlanej przyszłości; historia katalogowała się w przeczuciu swego zanikania – bo cóż miało stanąć na drodze do gwiazd wreszcie uspokojonej ludzkości?
Minęło zaledwie pięćdziesiąt lat. „Zaledwie”, bo co jest epoką dla człowieka, w takiej geologii na przykład jest mrugnięciem powiek.
I żyję w świecie diametralnie innym. Totalnie innym. Biegunowo, szaleńczo, wariacko.
W świecie całkowicie pozbawionym autorytetów. W świecie postprawdy, w którym nie da się już w dyskusji ustalić żadnego stanu ani faktu w sposób zbliżony do obiektywnego. W świecie, w którym nauka jest traktowana jak magia, a magia – jak nauka.
Powszechna zmiana paradygmatu myślenia nie działa się oczywiście z dnia na dzień, to był proces złożony z wielu zmiennych, ale być może przyznacie mi rację, gdy stwierdzę, że i tak zaszedł zadziwiająco szybko, a niektóre zmienne były przesądzające jak kamień u szyi samobójcy.
Świat gwałtownie skręcił w prawo, co ostatecznie nie jest żadnym wielkim nieszczęściem, oscylowanie między wizjami świata lewicowego i prawicowego jest ożywcze, ponieważ uśrednia się do zdroworozsądkowego centrum. Tylko że tym razem świat nie wyhamował jak czynił to przez siedem ostatnich dekad, tylko pełną parą przebił barierki ostrzegawcze, wdarł się na najbardziej prawy pas i pędzi po zamkniętym do remontu moście wprost na ziejące w nim urwisko.
Zapanowała moda na „konserwatyzm”. Czemu piszę to słowo w cudzysłowie? Bo nie chodzi tu bynajmniej o prawdziwy konserwatyzm, tylko o jego atrapę, o głupio wykrzywioną gębę w gabinecie śmiesznych luster.
Wspomniałem o zmiennych, które do takiego stanu rzeczy doprowadziły. Jest ich tak wiele, że w końcu przekroczyły masę krytyczną i doprowadziły do wrzenia w społecznym garze. Tym samym i większości ludzi mocno odskoczyły pokrywki i dekle i podskakują teraz wesolutko w rytm mnożących się teorii spiskowych, rzewnych absurdów i panikarskiej szajby.
Gdybyż to był tylko klimat i związany z tym strach o przyszłość cywilizacji! Albo tylko postęp techniki, wymykający się ludziom z rąk przez coraz bardziej niepokojącą AI. Tylko kryzys energetyczny. Tylko nagłe przemeblowanie stosunków społecznych przez Internet, media społecznościowe i pędzącą już nie jak dostojny parostatek, tylko niczym TGV zmianę zawodów, profili zatrudnienia, produkcji i jej rodzajów, rynku pracy, kompletnie nowych aktywności zawodowych. Ale nie: to wszystko przyszło na raz, powodując coraz większe ciśnienie w garze: oto nową królową w miejsce naukowego optymizmu jest ludzkości zimna i okrutna PANIKA.
Jest coś ze złośliwości losu, że czynnikiem, który przelał czarę sześć lat temu, była akurat zaraza. Mógł być wybuch superwulkanu, lokalna wojna atomowa na brudne bomby, totalny blackout energetyczny ze trzech krajów… Ale nie, przewrotność fortuny okazała się również być konserwatywna. Kojarzycie średniowieczne zarazy i wysyp opętanych proroków, wieszczących w związku z tym na każdym rogu koniec świata? Albo hiszpankę i tajemnicze zapalenie mózgu, które to epidemie poprzedziły Wielki Kryzys i II Wojnę w zeszłym wieku?
Traf albo boska wola mają nadzwyczaj wysublimowane poczucie humoru: nie klimat, nie katastrofa naturalna, nie katastrofa techniczna – znowu, w starym, dobrym stylu, morowe powietrze z 2019 roku doprowadziło ludzi do zbiorowego szaleństwa. I dalej już poszło jak po sznurku: wojna, odbudowywanie grożących sobie nawzajem bloków imperialnych i zbiorowy amok stada owiec, które chcą się schronić przed ścigającą je trwogą w najbardziej bezrozumnym populizmie.
Stąd niezwykła kariera „konserwatyzmu”, który w swej normalnej wersji wcale nie musiałby być czymś w rodzaju jeźdźca Apokalipsy, ale w tej – niestety jest. Dlaczego?
Jest bardzo wiele badań psychologicznych, zajmujących się profilem osobowościowym zwolenników różnych tradycji politycznych. Nie czas tu i miejsce zagłębiać się w temat, chcę tylko zasygnalizować istnienie problemu. Otóż badania takie pokazują dość oczywistą intuicyjnie korelację: osoby odważne, lubiące ryzyko i próbowanie nowych dróg są bardziej liberalne; osoby odpowiedzialne, lękliwe, ale i pragnące ładu oraz sprawdzonej przewidywalności, są zazwyczaj konserwatywne. To dość logiczne: otwartość na nowe wiąże się z ryzykiem, silne związanie z tradycją wiąże się z poczuciem bezpieczeństwa. Wydaje się być zatem równie logicznym, że spokojne czasy będą obfitować w optymistyczne próby podważania zleżałego ładu i pewnego rodzaju permisywizm, natomiast czasy niepewne, nastrajające pesymistycznie, będą obfitowały w postawy lękowe, zamknięte, tradycjonalistyczne. Konserwatywne. I w istocie właśnie to się dzieje.
Zapyta ktoś: co w tym złego? Jak z życiodajną przemiennością prawicy i lewicy, powinno być podobnie z przemiennością postawy otwartej i konserwatyzmu, czyż nie?
Ależ owszem, pod warunkiem, że obie postawy nie dążą do skrajności i zostawiają drugiej opcji pole do powrotu. Jeśli tak się nie dzieje, to, jak wyżej: barierki, most, przepaść.
W takiej sytuacji konserwatyzm szybko staje się swoim przeciwieństwem: nihilizmem, brakiem bezpieczeństwa, nagromadzeniem ryzyka, zniszczeniem tradycyjnej kultury. Wiem, brzmi paradoksalnie – ale proszę: rozejrzyjcie się wokół…
Mechanizm jest dość prosty: strach nie jest dobrym doradcą. Kiedy liczba stresujących społeczeństwo czynników przekracza masę krytyczną, stado owiec w poszukiwaniu upragnionego poczucia bezpieczeństwa udaje się po pomoc do… wilków. Populistycznych, ukrytych pod owczymi skórami, ale wilków, zdecydowanych, psychopatycznych, sprawnych – bo one się nie boją.
Dlatego zaczyna pogłębiać się przepaść między informacją a propagandą, miedzy nauką a zabobonem. Owce, bojąc się wyimaginowanych niebezpieczeństw, ściągają sobie na wełniste łebki NIEBEZPIECZEŃSTWA PRAWDZIWE.
W stresie do głosu dochodzą emocje, dlatego coraz mniej może w kształtowaniu postaw obiektywna wiedza, bo ta opiera się na intelekcie i wysiłku, a coraz więcej czyni zła, prostacka, hasłowa, nieskomplikowana propaganda, bo ta odwołuje się do czystej emocji.
A najpierwotniejszą i najsilniejszą ludzką emocją jest STRACH. Spójrzcie, jak przez ostatnie dwadzieścia lat wyewoluowała mowa dyskursu politycznego: od koncepcji do prostackich haseł. Spójrzcie, jak spolaryzowały się postawy i jak są okropnie nieprzejednane i histeryczne.
Często tak bywało w historii. Ostatnim razem w latach trzydziestych XX wieku. Jak się to skończyło, wiemy.
A z tego dętego strachu, umiejętnie podsycanego przez psychopatyczne, populistyczne wilki łacno wpaść w ślepotę na to, czego NAPRAWDĘ należałoby się bać. Przykłady? Proszę bardzo:
– z powodu wyimaginowanych złych skutków szczepień, co było dezinformacją podsycaną podczas epidemii Covid przez rosyjską propagandę i tamtejsze farmy trolli, oraz na skutek oporu przed szczepieniami wracają epidemie odry i kokluszu. Tak po prostu. (Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że we wszystkich wyliczanych tu punktach można mówić o kremlowskiej dezinformacji. Wszystkie te foliarskie strachy są podsycane z fałszywych rosyjskich kont w celu destabilizacji zachodniej opinii publicznej i możliwie jak największego spotęgowania paniki);
– z powodu dość problematycznego zagrożenia kulturą woke, LGBT, teorią gender ludzie skądinąd poczciwi staczają się w przerażające odmęty nietolerancji, homofobii, ksenofobii i rasizmu. Nagle problemy będące bardziej modą niż faktycznym wyzwaniem; dość kuriozalne i przejściowe bajania o kilkudziesięciu płciach i podobne zabawy, dotyczące kilku procent populacji – stają się podstawowym zagrożeniem wartości, tradycji i rodziny. Dość nieistotny kabaret, który w rzeczywistości jest tylko czymś w rodzaju kulturowego happeningu, ma być niemal końcem cywilizacji i tradycyjnej rodziny. A lęki takie podsycają na przykład ci, którzy spowodowali przez ostatnie trzy lata krwawą rzeź już ponad pół miliona mężczyzn po obu stronach wojny rosyjsko – ukraińskiej. Tak oto wydumany problem został zamieniony na problem prawdziwy przez owce, które bojąc się pompowanych tęczowych strachów udały się po pomoc do wilka. Bo on miał zaprowadzić moralność i porządek, a tak je zaprowadził, że w kilkuset tysiącach rodzin brak teraz mężów i ojców,
– ludzie przez wieki pragnęli w Europie pokoju, współdziałania, swobody przemieszczania się, zjednoczenia, bo nikt nie pała szaloną miłością do wojen i targania resztek dobytku tam i z powrotem. Kiedy wreszcie Europejczycy to wypracowali, kiedy zbudowali potężny ponadnarodowy organizm, zdolny konkurować z największymi imperiami, kiedy zaznali braku granic, wzrostu prosperity, ożywczego mieszania kultur – wilki postanowiły to zniszczyć, budząc strach. I tak Putin bombardował Syrię, Łukaszenka ściągał imigrantów skądinąd i do Europy zaczęli przedostawać się migranci. Czy jest to problem? Niewątpliwie. Czy część z nich jest zagrożeniem? Zapewne tak. Ale zgoła nie takim, jak to nam „konserwatyści” malują, niczym diabła na desce. Zwróciłem uwagę na dość interesującą rzecz: kiedy w jakimś europejskim kraju zbliżają się wybory, albo inne przełomowe wydarzenia, wzrasta ilość nożowników wśród imigrantów. Zastanawiam się, ile to Putina kosztuje, ale sądzę, że mniej, niż ze dwie rakiety średniego zasięgu. A jakie efekty! Populistyczne, nacjonalistyczne partie (AfD, AUR, Fidesz, Front Narodowy Lepen, słowacki Kierunek Fico, polskie PiS i Konfederacja) zgarniają coraz większe żniwo, tylko strasząc muzułmanami z nożami w zębach. Co proponują w zamian? Tak zwaną Europę ojczyzn, która ma być ostatecznym lekarstwem na to straszne zagrożenie, że faceci przebierają się za kobiety, albo publicznie latają z piórkami w dupie i że zdarzają się nożownicy. Co w zamian? Stary, sprawdzony koncept: pozamykane państwa, kiszące się w swoich nacjonalizmach, broniące się przed Putinem lub chińskim prymatem gospodarczym SAMOTNIE;
– W USA populista straszący ludzi – a jakże! – imigrantami buduje właśnie nową, wielką Amerykę. W imię wyrzucenia Meksykańczyków czy Portorykańczyków czyszczących jankesom baseny obiecał wielką prosperity. Ludzie, pędzeni strachem przed gangami i rozbisurmanioną mniejszością Afroamerykanów nie mieli czasu zgłębić, że cła DOTYCZĄ ICH I TO ONI ZA NIE ZAPŁACĄ, a baseny nie oczyszczą się same. W zamian mają ewidentnego szajbusa na czele dotąd statecznego państwa, który chce podbijać Grenlandię i Kanadę, oraz kombinuje, jak tu zostać prezydentem na trzecią kadencję, co jest wbrew amerykańskiej konstytucji. Żeby chronić swe owce oczywiście.
I tak oto stada przerażonych jagniąt pchają się w kotlinę bez wyjścia, którą powoli zamyka wataha wilków, podgryzająca się nawzajem już tylko dla ustalenia hierarchii w dostępie do żarcia.
To także nie stało się samo, wymagało czasu, a także pewnych czynników, które niezawodnie piorą ludziom mózgi. Jednym z takich czynników jest ssacze lenistwo umysłowe, które ostrożnie szafuje swoimi zasobami – zazwyczaj na tyle, żeby przetrwać. Stąd tendencja zamykania się ludzi w bańkach informacyjnych: teraz, dzięki mediom społecznościowym, widać ją bardziej wyraźnie niż na przykład w czasie renesansowych wojen religijnych, albo u dziewiętnastowiecznych londyńskich gentlemanów przywiązanych do swojego klubu albo gazety – ale ona była od zawsze. Ponieważ, aby się wyrwać z zaklętego kręgu przedzałożeń, przesądów, wdrukowanych przez wychowanie i miejsce urodzenia przekonań oraz bieżących manipulacji i samopotwierdzających się bzdur, trzeba dokonać intelektualnego wysiłku, na który większość ludzi po prostu nie stać. Bo emocje przychodzą łatwiej.
Cytat z Goebbelsa znają już chyba wszyscy, o tym tysięcznym powtórzeniu kłamstwa, aż stanie się prawdą. Trudno obecnie znaleźć coś bardziej wyświechtanego w tej sytuacji. A JEDNOCZEŚNIE CI SAMI LUDZIE, którzy znają i cytują te słowa – podlegają dokładnie tym mechanizmom, które w swoim mniemaniu piętnują…
I tak ludzie emocjonalni, bez szerokiej wiedzy historycznej, doktryn politycznych, socjologicznej – a, umówmy się, z jakiej racji można by tego wymagać od miliardów ludzi? – stają się łupem populistów. I to, paradoksalnie, przez swoją zacność. Są emocjonalni, bo zazwyczaj mają wielkie serca, skłonne do wzruszeń i potężne pokłady empatii, skłaniające do oburzeń przeciw złu. I całe morze dobrych chęci, którymi umiejętny populista spokojnie może zacząć brukować piekło. Wystarczy zamienić dobro i zło miejscami i… Voila! Działa! Czyż to nie piękna w swej grozie sztuczka?!
Tak oto ludzie zacni, chcący zadbać o swój kraj i o swoje rodziny, padają łupem populistów, którzy mamią ich rzekomym „konserwatyzmem”. W ten sposób za obrońców tradycji i konserwatywnej moralności robi prezydent Ameryki, który pukał gwiazdkę porno, swoje imperium finansowe oparł na oszustwach i malwersacjach; jego prawą ręką jest człowiek, który ma czternaścioro dzieci z czterema kobietami, a niektórym z nich w przypływie egotycznego kretynizmu nadaje imiona z ciągu znaków, jak robotom. Większość tych „konserwatystów” ma podstawowe braki w moralności, empatii, szacunku właśnie dla tradycji i patriotyzmu – a to dlatego, że robiąc pewne rzeczy tak bardzo na pokaz, nie robi się ich wcale. To jest niemalże reguła: im kto więcej o czym mówi, tym mniej tego ma. Spójrzcie na nasze rodzime poletko: mniejsza banda kryptogejów z „Solidarnej Polski” walczy z LGBT, Jarosław Kaczyński jest orędownikiem pełnej rodziny, Krystyna Pawłowicz – dzietności, arcybiskup Jędraszewski – miłości bliźniego, Marta Kaczyńska i posłanka Chorosińska – wierności małżeńskiej, Jacek Kurski – nienaruszalności ślubów i klęczenia w kruchcie, pan Piotrowicz – walczącego antykomunizmu…
Ta hipokryzja jest tak gargantuiczna, bo taka być musi: tym konserwatywnym populizmem posługują się ludzie na tyle pozbawieni zahamowań, że są w stanie swą wilczą bezczelnością sparaliżować lękliwe stado owiec. Tylko krańcowa bezczelność jest w stanie opiewać zdradę interesów państwa jako patriotyzm, rasizm i wykluczenie jako chrześcijaństwo, a lęk – jako odwagę. Tak oto porządni ludzie już się nie zastanawiają, dlaczego propaganda Putina i Kaczyńskiego lub Orbana o „zgniłej Europie” jest jednobrzmiąca. Tak oto porządni ludzie zaczęli wybierać putinowską nienawiść krwawego satrapy krzewioną do każdego choć trochę innego, zamiast przesłania Ewangelii. Tak oto ludzie porządni, chcący dobra, kochający swój kraj i dzieci – stają się rasistami, nienawistnikami, sekciarzami i bezrefleksyjnymi odbiorcami propagandy. ZE STRACHU W CZASACH GRANICZNYCH, w czasach zmian społecznych, technicznych i paradygmatycznych. Strachu umiejętnie podsycanego przez rzekomych konserwatystów, którzy są tylko zamaskowanymi nihilistami, dla których ważne jest tylko własne dobro i własny los.
**
To się kończy smutno, bo musi. Na razie jesteśmy świadkami coraz bardziej rozkręcającej się spirali żenady i hipokryzji związanej z tym fałszywym konserwatyzmem. Takie igranie z wartościami i ludzkimi uczuciami nie może przejść bez echa. I nie przechodzi.
Oto partia Prawo i Sprawiedliwość wystawiła do wyborów prezydenckich kandydata. Zaczynając, jak to zwykle u nich, od kłamstwa (to pewnie kolejna konserwatywna wartość?), iż to kandydat nie ich, a obywatelski. I w rzeczy samej nie był to ICH kandydat, tylko kandydat Jarosława Kaczyńskiego, który jest w tym swoim stadzie pożeranych przez siebie jagniąt wilkiem alfa. Ostrzeżeń było mnóstwo, z różnych stron, zdaje się, że nawet sam żoliborski wódz co nieco wcześniej na temat kandydata wiedział. Niemniej jego pycha jest równa intryganctwu: on nie negocjuje, może ewentualnie oszukać, ale „kompromis” to pojęcie mu obce. I postawił na Nawrockiego.
Z mojego punktu widzenia to świetnie, bo wreszcie pociągnie cały PiS i jego jedynowładcę tam, gdzie ich miejsce: na śmietnik historii, względnie najpierw do kryminału. Niemniej kandydatura Nawrockiego jest dość niepięknym symbolem tego, co wywodziłem wyżej.
Otóż pan Nawrocki ma być ponoć patriotą i prawdziwym katolikiem. Konserwatystą, który stanie w obronie polskich rodzin i ich bytu. Tradycjonalistycznym obrońcą niezbywalnych wartości i pochodnią moralnego, konserwatywnego ładu.
W istocie jest byłym bramkarzem, sutenerem dostarczającym bywalcom hotelu prostytutki, kumplem gangsterów, jest obecnym szefem IPN-u uprawiającym bez płacenia za wynajem w apartamencie podległej sobie instytucji „dynamiczną politykę międzynarodową” (nie wątpię, że była „konserwatywnie” dynamiczna i posuwista), a ostatecznie jest oszustem, który wyłudził od staruszka alkoholika jego dorobek życia i jedyne, co mu zostało – czyli mieszkanie.
I tak alfons, kumpel gangusów i oszust ma stać na straży zdrowia moralnego, tradycji i uczciwości. Ma zadbać o bezpieczeństwo i dobrobyt obywateli. PRZECIEŻ TO JEST CZYSTE SZALEŃSTWO!
Tak oto nihilizm podszywa się pod konserwatyzm. Tak zwodzi ludzi porządnych, zatroskanych o przyszłość. Tak próbuje ich zamknąć w izolowanych bańkach kłamstw i negatywnych emocji, aby tylko nie zaczęli MYŚLEĆ. Żeby nie spróbowali uchylić rąbka owczej skóry narzuconej na wilczy kłąb, bo tam… o, tam naprawdę wielkie zęby…
A myślenie jest tu jedyną bronią. Moja jedyna nadzieja w pozytywny bieg przyszłych wypadków opiera się na tym, że Polacy się jednak często do niego zmuszają. Tylko dzięki temu nie jesteśmy dziś drugimi Węgrami, czy (o, namacalna zgrozo!) Białorusią.
**
Znane powiedzenie mówi: u korzeni zachodniej kultury stoją trzy filary – grecka filozofia, rzymskie prawo i żydowska religia.
Filozofia nakazuje nam MYŚLEĆ i stosować logikę, odrzucając multiplikujące się piętrowe kłamstwa teorii spiskowych.
Prawo nakazuje nam szukać UCZCIWOŚCI i moralności nie przez modny wśród współczesnych „konserwatystów” whataboutism, który za każdym razem, jak w każdej durnej ideolo, kończy się licytacją, kto bije murzynów bardziej. Nie, nikt nie ma bić. I nie przez wstawianie go do nazwy partii, co ma rozwiązywać sprawę tak dalece, że już można bez obaw krzewić nienawiść, kłamstwo i bez krępacji kraść.
Religia, czyli chrześcijaństwo, nakazuje nam KOCHAĆ. Nie zamykać się w oblężonej twierdzy, nie skupiać wokół figury wroga, nie dzielić na obce plemiona, nie epatować lękiem przed bliźnimi, nie szczuć na nich.
TO SĄ TRZY FILARY EUROPEJSKIEJ I ZACHODNIEJ CYWILIZACJI, a więc również takiegoż konserwatyzmu. Przyjrzyjcie się teraz, kto je najbezczelniej w świecie rujnuje, nazywając się konserwatystami… Nie, to nie jest konserwatyzm, to jest NIHILIZM.
I mieliśmy już z tym do czynienia w wieku XX w taki sposób, że zaiste wypadałoby już na ten temat pamięć odzyskać.
**
W przeciwnym razie zafundujemy sobie koszmar, który miał już nie wrócić. Bo wilcza propaganda, ubrana w owcze szatki jest sprytna i doskonale wie, jak budzić lęk.
Pamiętacie, w jakich ustrojach i organizmach politycznych stosowało się zbiorową odpowiedzialność (i nadal stosuje, na przykład w Chinach i Korei Północnej)? Pamiętacie, w jakich prześladowało się ludzi za pochodzenie klasowe, rasę, orientację seksualną, narodowość?
o posłuchajcie dzisiejszych bajęd o „żydokomunie”, „resortowych dzieciach”, „zboczeńcach”, „czarnuchach”, „ciapatych” i niewłaściwych tatusiach i dziadkach.
Krzysztof Stanowski jest stosunkowo młodym człowiekiem. Ma się zapewne za osobę bystrą, błyskotliwą i pozbawioną uprzedzeń. Oto, co powiedział podczas wczorajszej debaty prezydenckiej do prowadzącej ją Doroty Wysockiej Schnepf: „Nie jest to pierwszy raz w historii, gdy osoba o nazwisku »Schnepf« przepytuje Polaków, ale mam nadzieję, że wyjdziemy stąd cali i zdrowi.”
To jest właśnie zmyślność tego nihilistycznego diabła, który ubrał się w ornat konserwatyzmu i ogonem na mszę „o wartościach” dzwoni. To jest jakiś dziwny niedowład moralny, dotykający już całego społeczeństwa i narodu. Ta trucizna sączyła się nam w mózgi tak długo, że przestaliśmy zauważać zatrucie. Niemal wszystkie portale informacyjne piszą tylko o pierwszej części wypowiedzi Stanowskiego („Bardzo się cieszę, że jestem w tej świątyni propagandy i że widzę tu arcykapłankę propagandy. Sądziłem, że spali się pani ze wstydu, po tym, jak większość komitetów zaprotestowała przeciwko pani obecności”) – i nic mi do tego, czysta zagrywka polityczna, na skandal tej drugiej, zacytowanej wyżej, nie zwracając już jednak ŻADNEJ uwagi. Zaczęliśmy oddychać oparem zła jak powietrzem. Oparem szczującym nas na siebie nawzajem… bez refleksji… emocjonalnie… grasującym na najniższych instynktach. Bo ambasador Schnepf odpowiada za swoich rodziców w strukturach PRL-owskiej władzy (no cóż, widocznie źle rodziców wychował), a żona ambasadora odpowiada za to w dwójnasób. Czujecie tę logikę, którą z równym powodzeniem stosowali tak brunatni, jak i czerwoni? Myślę, że nawet ten nieszczęsny Stanowski jest nieco za mało rozgarnięty, żeby zrozumieć co powiedział i w jakie tradycje to się wpisuje… Jak bardzo wszyscy zostaliśmy propagandą nihilizmu udającego konserwatyzm zatruci. Bo protestów wobec tak haniebnego zachowania brak. Poznajecie te podłe insynuacje, te próby utytłania ludzi ZA NIE ICH CZYNY? Oplucie, obrzucenie gnojem – bo a nuż się coś przyklei, a nuż ludzie zaczną źle kojarzyć… Ta podłość dzięki „konserwatywnemu” kaczyzmowi stała się normą w polskiej dyskusji. Co jest jednak potwornym wstydem dla nas wszystkich, dla wszystkich Polaków.
Nie ma się co oszukiwać, że to jakaś nowość. Taki dyskurs miał miejsce w Polsce zawsze. Ale od przynajmniej osiemdziesięciu lat raczej wśród niewykształconych prostaków, wśród ludzi prymitywnych, wśród motłochu, który zawsze zrozumie ksenofobię i rasizm lepiej od humanizmu i chrześcijaństwa. Niestety, kacza pseudokonserwatywna rewolucja NOBILITOWAŁA taki sposób prowadzenia dyskusji, ZNORMALIZOWAŁA go, i oto nagle (a przynajmniej w tej kwestii) jesteśmy znów w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku, na wiecu ONR… albo jak w infiltrowanym przez SB peerelowskim stowarzyszeniu „Grunwald”.
To są te wartości, o które chodziło? To ten zatęchły odór z dalekiej przeszłości ma być naszym zbawieniem, patriotyzmem i bezpieczeństwem? To o to chodziło, żeby liberalizm, zamiast jakiejś równoważnej opcji do dyskusji i ścierania się z konserwatyzmem stał się najgorszą obelgą? A wolność jednostki i jej godność znów była na cenzurowanym?
I to ma nam zapewnić bezpieczeństwo, ochronę ojczyzny, rodziny, wolności słowa i wyznania?! Ten dziki antyhumanistyczny paroksyzm inwektyw zamiast argumentacji, który chce zniweczyć jakiekolwiek narodowe porozumienie, a z nas zrobić dwa wrogie sobie plemiona?
Jeśli to jest ten „konserwatyzm”, to mam nadzieję, że sczeźnie w cholerę…
Jak to się skończy? Nie mam dobrych wieści. Tym bardziej, że PRAWDZIWE niebezpieczeństwa (klimat, AI i nowoczesna biotechnologia, problemy z islamskim terroryzmem, próba budowy imperiów rodem z XIX wieku przez Chińczyków i Rosjan, starzenie się społeczeństw) nie znikną, kiedy jak przedszkolak zasłonimy oczy. Do tej pory zawsze niestety to krwawa burza oczyszczała atmosferę. Może jednak doświadczenia historyczne i rozwój techniki COŚ dadzą? Jak będzie tym razem?
Trump, Putin, Erdogan, Xi Jinping, Orban, Kaczyński.
Ludzie. Myślcie. Niechże historia choć raz się nie powtórzy. Bo inaczej banda psychopatycznych narcyzów załatwi nas na cacy.
Znowu.
W IMIĘ WARTOŚCI OCZYWIŚCIE.

