Kandydat lewicy

Kandydat lewicy

Kandydat lewicy w wyborach prezydenckich nie ma żadnych szans. A już w ogóle nie ma, gdy wyborcy lewicowi będą musieli wybierać jednego spośród czterech. A na to się zanosi. Swój start zapowiedział związkowiec Piotr Szumlewicz i jeśli tylko zbierze te sto tysięcy podpisów, to kandydatem zostanie. Jest niewątpliwie kandydatem lewicowym, choć nie ma poparcia żadnej z lewicowych partii.

Waldemar Witkowski, przewodniczący Unii Pracy, należący zresztą do Klubu Nowej Lewicy, również zapowiedział swój start, choć Nowa Lewica miała inny pomysł. Nie wiadomo, czy zbierze wymagane sto tysięcy podpisów. Ale jeśli tak, to będzie już drugim kandydatem. Podobnie jak Szumlewicz – jest to kandydat bez znaczenia. Obaj panowie mogą dostać najwyżej po jeden procent głosów, są nieistotnym planktonem politycznym.

Kandydat lewicy w wyborach prezydenckich mógłby powalczyć o trzecią pozycję, gdyby był jeden, a wszystkie związki lewicowe i partie jednym głosem by takiego kandydata poparły. Dobra pozycja lewicowego kandydata dałaby siłę glosom lewicowych wyborców, pokazałaby, że to znaczna grupa i politycy innych orientacji powinni się zacząć z tymi wyborcami liczyć. Niestety tak nie będzie. Ostatnio partia „Razem” ogłosiła kandydatem Adriana Zandberga. To już trzeci. Tymczasem największe szanse ma Magdalena Biejat.

Biejat należy do grupy, która z Razem odeszła, bo uznała, że w polityce liczy się sprawczość i skuteczność. Krytykowanie rządu to za mało. Biejat jest ogromnie popularna w Warszawie, a także w innych dużych miastach. Gdyby była kandydatką całej lewicy, mogłaby o to trzecie miejsce powalczyć z Hołownią i Mentzenem. Ale teraz to zapewne osiągnie 5 lub 6 procent. Zandberg nie więcej niż dwa. Potwierdzi tylko, że jest przegrywem i jego kanapowa partyjka nie ma już żadnego znaczenia.

5/5 - (1 vote)

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.